sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 1

Każdy chyba zna to uczucie kiedy jest się nowym w szkole. Wszędzie nowe twarze, nowi nauczyciele i nie ma przy tobie nikogo bliskiego. Tak ma każdy nastolatek tylko nie ja. Nazywam sie Blue Knowles i mam piętnaście lat i jestem uczennicą Harvardu, tak dobrze przeczytaliscie Harvard. Piętnastolatka na Harvardzie, czy to narmalne? Nie, raczej nie. Zacznijmy od nowa: Od małego byłam wychowywana na wielkiego geniusza, przeskoczyłam kilka klas aż znalazłam się w szkole dla geniuszy od dziecka wychowywanych tylko po to by spełnić marzenia rodziców.
  Nie ma jak myśleć o swoim życie stojąc w kolejce po kawę i ciastko na drugie śniadanie, tylko jak się spóźnię na wykład to będzie istne piekło, ale tak już jest jak jedzie się na stacje gdzie dwudziestu obrzydliwych tirowców zamawia sobie śniadanie. Nareszcie moja kolej
- W czym mogę pomóc?- zapytała się mnie blondynka za lada
- Jedną kawę z mlekiem i croissanta- odpowiedzialam, bo w końcu tyle na to czekalam
- To będzie razem 5 dolarów i proszę poczekać 5 minut - ta odpowiedź mnie rozwaliła
- Nie da się trochę szybciej strasznie się śpieszę na zajęcia, wie pani Harvard i te sprawy .
- Niestety nie mogę przyspieszyć procesu parzenia się kawy proszę pani.
- Dobrze w takim razie poprosze o zwrot pieniędzy... Śpiesze się.
Sprzedawczyni wyjęła moje pieniądze z kasy mając taka mną na twarzy jakby zjadła wiadro cytryn, chyba mruczała coś pod nosem, ale nie zdążyłam nic usłyszeć bo wybiegłam ze stacji taranując po drodze kilku tirowców.  Cale szczęście ze to tylko pół kilometra, przebiegnie się w końcu od czego trenowało się biegi. Po piętnastu minutach biegu dotarłam na uczelnie. Wyhamowałam przed wielkimi zielonymi drzwiami prowadzącymi na główny hol, otworzyłam je i sprintem ruszyłam do sali przepraszając jednocześnie woźnego za to że brodzę. Stanęłam przed drzwiami sali chemicznej i weszłam do środka, dobrze ze wszyscy jeszcze nie usiedli.Chcialam sie pocichutku przemknąć na swoje miejsce, ale lata szkoły daly o sobie znać. Drzwi zaskrzypiały i gdy się zamykały przytrzasnęły mi włosy muszę pomyśleć nad ścięciem ich. Koniecznie. Dźwięk skrzypiących drzwi rozległ się hukiem po sali, wszyscy w jednym momencie odwrócili się i spojrzeli prosto na mnie.
- A dlaczego pani się tak skrada, panno Knowles? - głos profesora oblał mnie jak zimny prysznic
- Ja panie Andrews byłam na śniadaniu - Tak byłam na śniadaniu ze śmierdzącymi tirowcami i zbulwersowaną sprzedawczynią.
- Dobrze w takim razie zajmij swoje miejsce i następnym razem postaraj się nie spóźnić- zaczęłam wchodzić po schodach na swoje miejsce gdy pan Andrews uzupełnił swoją wypowiedź
- Aha i jeszcze jedno panno Knowles proszę aby pani poszła do swojego pokoju i przebrała się w mundurek, dziękuje - na początku nie wiedziałam o co mu chodziło, ale potem zrozumiałam byłam w dresie, starym szarym dresie z dziurą na nogawce, boże jaka masakra. Po słusznej uwadze profesora wyszłam z sali i niczym ninja pobiegłam do pokoju. Mój pokój był niewielki jakieś dwadzieścia metrów na dwadzieścia pięć metrów w dodatku dzielilam go z dwoma dziewczynami: Kasandra i Dakotą. Mój mundurek leżał złożony w kostkę na łóżku i czekał na mnie wraz z butami leżącymi na ziemi. Wzięłam mundurek w rękę i ruszyłam w drogę do łazienki po drodze zrzucając z siebie ubrania, w rezultacie przy drzwiach łazienki już byłam w samej bieliźnie która dostałam na pożegnanie od dziewczyn z mojej poprzedniej szkoły. Ku mojemu zdziwieniu drzwi od toalety otworzyły się i uderzyły mnie w czoło, upadłam na ziemię. Z toalety wyszła Kasandra w ręczniku, jej włosy ociekały wodą a na nogach widać było krople.
- Co ty sie tak młoda czaisz? Nie masz teraz zajęć przypadkiem?- odezwała się
- Wiesz jakoś tirowcy nie chcieli mi ustąpić swoich kabin z całą szafa mundurków, a teraz chciałabym wejść do twego królestwa stara - wstałam z podłogi i dumnie jak paw weszłam do łazienki. Mój mundurek składa się białej koszuli, krawatu z logiem uczelni i spódniczki kończącej się jakieś trzy centymetry nad kolanem na której też był wyszyty herb uczelni. Założyłam zestaw i spojrzałam w lustro włosy coś nie za fajnie wyglądały więc siłą rzeczy upięłam je w koka. Cała akcja zajęła mi jakieś dziesięć minut włącznie z oberwaniem w twarz drzwiami. Moim słynnym sprintem wróciłam na zajęcia.
      Na szczęście dzisiaj ogladaliśmy film o jakimś słynnym chemiku więc piekła nie było, a teraz was rozwale pan Andrews miał dwadzieścia osiem lat i był moim wychowawcą.

1 komentarz:

  1. Kurde spodobało mi się ale ja bym coś tu poprawiła ^^ Jak się spotkamy to ci pokaże to i owo xD ( Specjalistka od siedmiu boleści się znalazła ) ♥♥

    OdpowiedzUsuń