niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział 12

Oto jest długo wyczekiwany rozdział dwunasty. Przepraszam ze czekaliście tak długo ale te wakacje jakos nie sluza mi zbytnio pisaniu. Mam nadzieje ze wam się spodoba. Do końca sierpnia pojawia się równiez rozdział 13,14 i 15.
                                                                                                                             ~Bluel Namess
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Słowa chłopaków nie dawały mi spać ,, Blue potrzebujemy cię'' po cholerę to mówili?! Moje najukochanńsze sumienie nie pozwoli żebym to olała. Tak wiem suka Blue jest dobroduszna. Jakim cudem udało mi się zasnąć?! Nie wiem. Konsekwencją jaką był sen nie był przyjemnością.
       Szłam z mamą wzdłuż La Rambla. Jadłyśmy lody a po drodze zahaczyłyśmy jeszcze o gościa sprzedającego gofry. Trzymałyśmy się za ręce dziesięcioletnia ja i mama. Doszłyśmy pod pomnik Kolumba gdzie czekał na nas tata. Widziałam radość na jego twarzy, cieszył się chociaż tego nie okazywał. Tata ucałował mamę na powitanie a mi poczochrał włosy. Podeszłam do jednego z lwów otaczających pomnik. Położyłam swoją rączkę na jego ogonie i wjechałam nią powoli w stronę łba. Posąg był nagrzany od słońca którego właśnie znikało na horyzoncie. Moja rączka przemieszczała się powoli zostawiając za sobą emitującą światłem linie. Dotarłam do głowy posągu, postukałam w nią lekko i odsunęłam się. Pozostawiona przeze mnie linia rozbłysła otaczając swym światłem posąg. Czarny kamień zastąpiła złota sierść, lew zachwiał się i zatrząsł głową. Z jego grzywy i reszty ciała posypłał się pył. Mała ja wskoczyła na jego grzbiet i podjechała na nim do rodziców. Wraz z rodzicami złapaliśmy się za ręce i skupiliśmy swoją energię na pomniku Kolumba. Lew zaryczał i jego bracia ożyli, każdy który się obudził ryczał donośnie. Kamienne anioły zleciały do nas i otworzyły przed nami bramę. Wejście świeciło jasnym światłem. Weszliśmy do środka. Szliśmy przez chwilę tunelem aż natrafiliśmy na trzy konie, czekały na nas, były to trzy angloaraby wszystkie białe. Wsiedliśmy na araby i ruszyliśmy galopem do końca tunelu. Uwielbiam ten wiatr we włosach podczas galopu, ten stan kiedy prawie latam. Dziesięcioletnia ja puściła wodze i rozłożyła ramiona na boki, dodała łydke i jechała cwałem. Tunel skończył się, koń zwolnił a moim oczom ukazał się leśny krajobraz. Lekki wietrzyk owiał mi twarz i rodzice dojechali do mnie. Tata wyciągnął do mnie rękę ...Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pokoju Jo i Mike spali. Przerzuciłam się na drugi bok i znów sen wziął mnie w woje objęcia. Zmienił się i już nie było tak pięknie.
      Czerwień, czerwień i jeszcze raz czerwień... Wszędzie. Leżałam pod wielkim starym drzewem w środku lasu. Stare wyschnięte liście pokrywały ziemie wokół mnie. Miałam na sobie brudną od błota niebieską sukienkę, błoto pokrywało moje ciało, czułam jego smak i zapach. Wyciągnęłam rękę przed siebie by ostatni usłyszeć szelest liści, poczułam coś płynnego pod palcami uniosłam dłoń wierzchem do góry -Czerwień.      Przysunęłam rękę znów do siebie i przewróciłam się na drugi bok. Pisnęłam z przerażenia. Obok mnie leżał martwy koń. Wstałam najszybciej jak mogłam i obejrzałam go całego, głowę miał przebitą strzałą i zad rozcięty. Pogłaskałam go ostatni raz po szyi i rozejrzałam się dookoła, drzewa wraz z ziemią były czarne a niebo które jeszcze rano było błękitne przybrało krwawą barwę. Na ziemi leżały ciała moich towarzyszy: Generał Mill, kapitan Sura, sir Cien i ich rumaki. Spojrzałam po sobie byłam tylko brudna, żadnego zadrapania czy skaleczenia-czysto. Patrzyłam tępo w przestrzeń myśląc co mogłam zrobić podczas ataku. Chwila...Ja nie oddychałam. Spojrzałam w dół, u moich stóp leżałam martwa ja. Zakryłam dłonią usta i pisnęłam nie wydawając z siebie dźwięku. Za moimi plecami rozległ się dźwięk łamanej gałęzi. Odwróciłam się z podskokiem w stronę z której dobiegał dźwięk. Ktoś szedł w stronę, ciężkimi głośnymi krokami, coraz bliżej i bliżej aż w końcu wyłonił się zza drzew. Była to zmaterializowana postać szatana. Był wysoki na dwa metry, mięśnie ledwo mieściły się pod jego krwisto czerwoną skurą, nie miał włosów ale zamiast nich baranie rogi. Cofnęłam się o krok a on był coraz bliżej, w końcu stanął metr ode mnie a ja przemówiłam -Czeg g go ty chc c c cesz?- uśmiechnął się obnażając przy tym swoje otoczone śluzem uzębienie -Chcę ci pomóc moje dziecko- wyciągnął do mnie uzbrojoną w szpony wielką dłoń, ale ja zrobiłam krok w tył -N,n, nie wierzę ci. T,t, tobie nikt nie wierzy- zrobił krok ku mnie -Słonko mi zawsze możesz ufać. Mam dla ciebie kilka wcieleń.
-O,o, o czym t,ty mówisz?- zrobiłam błąd mówiąc te słowa. Za krzaków wyszedł wilk i to nie byle jaki tylko wielki czarny wilkołak który rzucił się  na mnie. Nie czułam ugryzienia jego ciało wtopiło się w moje, czułam pieczenie w ramieniu. Następny atak wykonał jeden z upadłych który wtopił się moje ciało przebijając je włócznią i znów pieczenie w ramię. Za trzecim razem nie było ataku, zza moich pleców wyłoniła się anielica, szatan cofnął się a ona wtopiła się we mnie. Znów czułam pieczenie w ramieniu i wtedy szatan rzucił się na mnie wbijając mi pazury w brzuch mówiąc -Jedna śmierć jeden krok bliżej mnie. Dobry zawsze pierwszy umiera. Pamiętaj- wyjął pazury z mojego brzucha i rozpłynął się a ja moje oczy powoli zamykały się wraz z wypływającą ze mnie czarną krwią
Otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącego nade mną Johnnego trzymającego plastikową tacę w dłoniach
 -No widzę że gorąco było ci w nocy- spojrzałam się na niego nie wiedzącym wzrokiem i przejechałam palcami po twarzy -mokro, byłam oblana potem i włosy miałam przyklejone do pleców
-Taaa najwidoczniej. Gadaj co wymyśliłeś z Mike'em.- usiadłam i wzięłam od niego tacę
 -Jedziemy na lotnisko i stamtąd do Barcelony. Na lotnisku czeka na nas Isabell a w apartamencie Dakota, Kasandra i reszta- ta wiadomość była najlepszą otrzymaną przeze mnie w te wakacje
 -To świetnie. Gdzie Mike?- usiadł na brzegu łóżka -Mike załatwia auto, a ty księżniczko wpieprzaj bo ci wystygnie.
-Po co odrazu te przekleństwa?
-Ucze się od najlepszych- Alarm! Wyczuwam przedrzeźnianie!
 -Ucz się ucz i tak mi nie dorastasz do pięt- wstał i zacisnął pięści
-Oj, myślisz się diablico. Ty mnie jeszcze dobrze nie poznałaś- ruszył w stronę drzwi a ja chwyciłam kanapkę
-Te pięści to wyzwanie czy groźba?- rzuciłam a on zatrzymał się, odwrócił głowę i tylko się uśmiechnął  a potem wyszedł. Po sekundzie do pokoju wbił Andrews
 -Mam dobre wieści! Mam auto i załatwiłem nam apartament na La Rambla.- zakasłałam i wyrwał mi tacę
 -Blue nie ma czasu musimy jechać samolot czeka.- pociągnął mnie do drzwi i wrzucił do czekającego już Jeepa. Czułam się jakbym była porywana, ale to szczegół. Posadzono mnie na tylnych siedzeniach samochodu
-Chłopaki po co ten pośpiech?- odwrócili się do mnie
-Ponieważ my czarownico chcemy jeszcze żyć- czemu oni są tacy zgodni? Chórek niech założą. Spojrzałam  przez tylnią szybę i zobaczyłam biegnących ku nam uzbrojonych w standardowe włócznię upadłych. Mike ruszył z piskiem opon z taką siłą że miałam wrażenie że samochód staje dęba
-Nosz cholera jasna. Kiedy one się odwalą?!- krzyknęłam i wyjechaliśmy z parkingu
-Mike czy mi sie wydaje czy tam biegnie recepcjonistka?- odwróciłam się spowrotem i widziałam biegnącą za nami blondynkę z rachunkiem w ręku
 -Taaa urok osobisty nie zawsze działa... Blue podaj mi torbę- podałam mu leżącą obok mnie torbę
-Teraz proszę wyjmij z niej żółtą piłkę i ładnie rzuć ja w stronę tej pani- nie wiedziałam po co mam to zrobić, wykonałam rozkaz. Rzucona przeze mnie piłka zmieniła się w sieć i owinęła recepcjonistkę a potem rozbłysła żółtym światłem, ofiara padła na ziemię. Zakryłam usta dłonią
-Spokojnie Blue ona tylko nie będzie pamiętać co się dzisiaj stało- powiedział Johnny. Siedziałam teraz  odwrócona tyłem do chłopaków zapatrzona w leżącą kobietę, siatka rozprysła się a kobieta wstała, spojrzała w naszą stronę i poszła do motelu. Postać kobiety oddalała się z prędkością auta w którym się znajdowałam aż znikła zza zakrętem.
-Co teraz?- zapytałam
 -Jedziemy do Hiszpanii- odpowiedział John
-Co wtedy?- odwróciłam się w jego stronę
-Wtedy spełnisz swoją misję.
-A jeśli nie? Wtedy wszyscy zginiemy?
-Każdą misje da się spełnić.
-To samo mówił mi ojciec...
-Dobra czarownico nie użalaj się nad sobą.
-Nie użalam się i nie fikaj.
-Przeżyje ale ty musisz wsiąść do tej maszyny- mówiąc to pokazał palcem na okno. Za szybą samochodu znajdowało się ogrodzenie z drutem kolczastym na górze a zanim śnieżno biały odrzutowiec z czarną linią ciągnącą się od dzioba ku ogonowi. To samolot mojego ojca! pomyślałam, pamiętam jak latałam nim z rodzicami do Barcy i jak Mike był młodym pilotem teraz wszystko miało sens
 -No Mike mam nadzieje że jesteś lepszy w lądowaniu- powiedziałam ciekawa jak na to zareaguje
-Spokojnie diablico jetem w tym najlepszy i widzę że już pamięć ci wraca-wzruszyłam ramionami i popatrzyłam zza okno. Słońce oświetlało samolot od góry a odbijające się światło aż raziło w oczy. Chwile później zajechaliśmy pod bramę wysoką na jakieś trzy metry z drutem kolczastym na górze. Mike wysiadł pokazał jakąś plakietkę ochroniarzowi, wrócił i już jechaliśmy w stronę Amandy (tak ten odrzutowiec nazwał mój ojciec) im bliżej byliśmy tym większa była. Dotarliśmy pod schody prowadzące do wnętrza
 -No nieźle- rozległ się głos Johnnego -
Widzę że twój ojciec nie próżnował- wysiedliśmy z Jeep'a i ruszyliśmy do środka Amandy. Środek był wyłożony białą wykładziną, po prawej stronie znajdowała się kanapa a po lewej dwa fotele, wszystko obite białą skórą tak jak to pamiętałam, ściany były wyłożone plastikiem ze wzorem drewna, dalej była toaleta i mała kuchnia. Mike poszedł do kabiny pilota i kazał nam się rozgościć
-Skąd Mike wytrzasnął Amandę?- zajełam miejsce na fotelu a on usiadł na kanapie
-Amandę? To u was rodzinne że nadajecie imiona rzeczą?
-Moja mama nazywała się Amanda, a tata dał jej ten odrzutowiec na rocznicę bo lubiła podróżować.
-A czemu nazwałaś motor Elphame?
-Moja pierwsza przyjaciółka się tak nazywała i kupiłyśmy ten ścigacz razem.
-Niech zgadne nie chcesz o tym gadać co?
-Widzisz jaki ty mądry. Kiedy startujemy?- pytałam o to właśnie podchodzącego do nas Andrewsa
 -Za pięć minut. Jeszcze mała kontrola sprzętu i spadamy stąd- oparł się o pusty fotel
-Powiedz Blue pamiętasz coś jeszcze. Ze swojego dzieciństwa?- spojrzał się na mnie swoimi błękitnymi oczami a połowe jego twarzy oświetlało słońce, już otwierałam usta kiedy do środka wpadł kontroler
-Wszystko gotowe możecie startować- Andrews poklepał mnie po kolanie i rzekł -Potem mi to opowiesz teraz zapnij pasy- poklepałam boki fotela w poszukiwaniu pasów, znalazłam je i zapiełam. Jo usiadł na fotelu obok i zrobił to samo co ja. Spojrzałam za okno, już jechaliśmy na pas startowy, nie poczułam nawet kiedy zaczęliśmy to robić. Słońce raz pojawiało się w ramie okna a raz znikali, światła przyciemniały i już byliśmy na pasie startowym, samolot stanął na chwilę i ruszyliśmy z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę, zamknęłam oczy i odruchowo złapałam Johnnego za rękę.
Otworzyłam oczy i spojrzałam przez okno, na oddalającym się pasie startowym zjawili się upadli i strzelali do nas z łuków, słyszałam ich krzyk, bębenki mi pękały, zakryłam uszy dłońmi i schowałam głowę miedzy kolana, nie mogłam wytrzymać pot spływał po mnie a z nosa zaczęła lecieć krew. Odrzutowiec wyleciał po nad chmury, już nie słyszałam ich ziemia zostało daleko, w dole widać było pola i malusieńke domki. Wyprostowałam sięi zdjęłam dłonie z uszu a moje oczy rozjerzały się dookoła Johna nie było obok, spojrzałam na swoje nogi oblane stróżkami krwi z mojego nosa No to zajebiście. Odpięłam pasy i już po chwili zjawił się Jo z apteczką i miską w której była woda
-No widzę że dobrze znosisz pisk i ciśnienie- wziął do ręki wilgotną gąbkę i oczyszczał mi powoli twarz
 -Widziałeś ich? Powiedz że nie zwariowałam- wycisnął gąbkę i oczyszczał mi łydki
-Słyszałem ich, ale jestem uodporniony na te fałsze- skończył jedną łydkę i zaczął czyścić drugą
-Dziwie się czemu nie straciłaś przytomności. Dużo krwi się z ciebie wylało- przejechał gąbką wzdłuż całej nogi, kiedy był w połowie uda chwyciłam go mocno za nadgarstek, wbijając przy tym paznokcie
 -Dosyć tego dobrego. Zabieraj to albo stracisz rękę- cofnął dłoń i odłożył miskę na bok
-Spokojnie. Powiedz lubisz latać?- wstał, zaniósł wszystko do kuchni i wrócił
 -Nienawidzę- powiedziałam gdy siadał w fotelu na przeciwko
-Trochę śladów po twoich paznokciach już mam- pokazał swoje nadgarstki
-Twój problem trzeba było się nie ciąć- puściłam mu oczko
 -Heh, to dlaczego nazwałaś ścigacz Elphame?- spiorunowałam go wzrokiem
-Nie twoja sprawa. Powiedz po co ci ten pentagram na szyi?
-Znamię. Wiesz że już możesz zdjąć soczewki?
-Przynajmniej to, ale posiedzę w nich jeszcze.
-Jak wolisz. Co ci się dzisiaj śniło?
-Koszmary jak zawsze. Pięknie się zaczynają a potem ze złego końca wyrywają mnie takie dupki jak ty.
-Córka szatana... Dobra powiedz czemu się cięłaś?
-Po chuj ci mój życiorys?- po tych słowach wstał i podszedł do barku
 -Napijesz się czegoś?- zapytał, schylił się do szafki i wyciągnął butelkę z nadrukiem czarnej róży a potem nalał do kieliszków
-Wino z czarnej róży. Dobre na stres. Trzymaj- podał mi kieliszek
-Chcesz mnie otruć?- powąchałam trunek
-Spokojnie rozluźnisz się a w najgorszym wypadku zaśniesz- wypiłam łyk, a potem następny a potem jeszcze jeden aż zobaczyłam dno i słyszałam już tylko pytania Jo i mój bełkot (chyba)
-Więc diablico. Powiedz czemu się cięłaś?
-Od dziecka musiałam być geniuszem. Nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Miałam dość rodzice ciągle na mnie naciskali, brałam korepetycje itd. Pewnego dnia zobaczyłam rany u Elphame i zapytałam jak to zrobiła a ona podała mi żyletkę. Wiedziała że mam odwagę i odrazu się przetnie do kości. Poszłam do łazienki napuściłam wody do wanny i usiadłam w niej ubrana, co by nie było. Wzięłam żyletkę do ręki najpierw jedna kreska, potem druga aż w końcu wyryłam sobie na obydwóch przedramionach ''pierdolcie się wszyscy'' i włożyłam ręce do wody. Straciłam przytomność i pech chciał żeby matka mnie znalazła, zawieźli mnie do szpitala a oni zaszyli rany. Miesiąc później był chirurg plastyk który wszystko usunął. Nie chodziłam do psychiatry, zapomnieliśmy o wszystkim co się wydarzyło tak samo jak o zabiciu moje siostry.- widziałam że słucha mnie uważnie
-Wcześniej mowilas coś o dostaniu się na Harvard- poprawił się
-Rodzice nie chcieli kompromitacji że dali niestabilne psychicznie dziecko do najlepszej szkoły świata.- wyprostowałam się
 -Rodzina zawsze była dla mnie czymś w rodzaju azylu. Nie byli dla mnie wazni, dawali kasę, załatwili szkoły, miałam co chciałam. Byli mi obojętni teraz została mi tylko Isabel i ona jest warta dla mnie tyle samo co oni czyli w prawdzie nic- spojrzał sie na mnie zdziwionym wzrokiem
-Nic nie czulas kiedy dowiedzialas sie o ich śmierci?- wzięłam głęboki oddech
-Nic. Zasłużyli na to, od niemowlaka traktowali mnie jak robota do wchłaniania wiedzy. Nawet mi nie powiedzieli ze umiej czarować, ze istnieje takie cos jak Tirror Blood, nic kurwa nie powiedzieli nic...- widzialam zrozumienie w jego oczach które po chwili ustąpiło miejsca niepokoju -Sluchaj teraz sie prześpimy. Pospisz sobie dlugo , obudze cie kiedy bedziemy na miejscu.
    Podszedł do mnie i opuścił mi oparcie fotela do pozycji leżącej, przykrył kocem i powiedział -Dobranoc Bluel- zamknełam oczy i natychmiastowo ogranął mnie sen. Jedyne o czym śniłam to to że wracam na stare śmieci.

                                                   ***
      Obudziłam się gdy przelatywaliśmy nad Morzem Śródziemnym. Niebieska tafla odbijała światło słońca a chmury od czasu do czasu zakrywały mi ten widok.
      Jo siedział na kanapie z laptopem na kolanach i co dziwne siedział w okularach korekcyjnych. Zrzuciłam z siebie koc i przywróciłam oparcie do pionu
-Ty i okulary to dziwne- nie zareagował więc podeszłam bliżej
-Ej bo ci się szkiełka przegrzeją- nic, dalej patrzył ślepo w ekran
-Słyszysz mnie w ogóle?- podeszłam do niego i zdjełam mu okulary, cofnęłam się o krok -jego oczy były czarne, jak te u opętanych. Sięgnęłam do kieszeni po scyzoryk
-Jo... Bambusie obudź się!- krzyknęłam i walnełam go w twarz
-Co do cholery...- pod wpływem mojego uderzenia jego polik rozmył się i znów powrócił do normalnej postaci. Jedyne co mi zostało to zamknięcie laptopa. Dotarło do mnie że wcześniej nie patrzyłam na ekran i zrobiłam błąd robiąc to
 -Moje znamię- szepnęłam, on patrzył cały czas na moje znamię i jego znaczenie, znów popatrzyłam na niego oczy cały czas miał czarne. Szybko zamknełam laptopa z taką siłą że chyba ekran pękł, ale mniejsza z tym. Johnny wstał zrzucając sprzęt na ziemię
-Jo obudź się!- wyprostował się na te słowa i uderzył mnie w twarz, padłam na ziemię ale odrazu się podniosłam
 -Ogranij się!- moja pięść ląduje w jego brzuchu -Księżniczko już czas. Już nie długo się spotkamy, już nie długo...- jednym kopnięciem z pół obrotu powaliłam go na ziemię a on stracił przytomność. Przyjęłam pozycje bojową w razie jego powrotu do walki, ale on leżał oddychał lecz nie wstawał. Zbliżyłam się do niego i wtedy dostał drgawek, pisnelam, nagle z jego oczu zaczęła lecieć czarna krew. Pobiegłam do kabiny pilota i krzyknełam
 -Mike choć szybko! Jo coś się z nim dzieje...- włączył autopilota i pobiegł do Jo, uderzając mnie ramieniem przy okazji.
Bambus leżał we własnej krwi dalej drgając
 -Wyjmij z szafki apteczke szybko!- rozkazał Mike, rzuciłam sie w stronę szafki i wciągnełam z niej czerwone pudełko, wróciłam do Mike'a
-Dobra teraz wyjmij z niej fioletową fiolkę- wyjęłam fiolkę a wraz z nią strzykawkę, tak odruchowo
-Dobra przeleć zawartość do tej strzykawki, szybko!- trzymał Johnnego za ramiona przyciskając go do ziemi aż zbielały mu kostki, przelałam wszystko co do kropli i podałam mu strzykawkę
 -Wbij mu ją klatkę piersiową!- popatrzyłam na niego z przerażeniem a ręce zaczęły mi sie trząść
 -Zrób to!- zamknełam oczy i z całej siły wbiłam igłę w klatkę Jo, jego ciało wygięło się w pół i przestał oddychać
-Przyciśnij tłok!- wykonałam rozkaz i przycisnęłam tłok strzykawki, który powoli schodził w dół. W końcu poczułam opór, strzykawka była pusta a Jo opadł na ziemię, jego oddech powrócił a ja wyjęłam igłę z jego torsu
 -Dobra robota- Mike'a poklepał mnie po ramieniu
 -Teraz pomóż mi go przenieść na kanapę. Aha i za godzinę lądujemy- wzięłam Bambusa za ręce a Andrews za nogi i położyliśmy go na kanapie
 -Choć ze mną musimy pogadać- wyprostował sie i pokazał mi dłonią drzwi kabiny pilota.
Ściany pokrywały rożne sprzęty a blat pilota był pokryty rożnymi przyciskami. Zajełam miejsce drugiego pilota i Mike zaczął rozmowę
-Jak Johnny dostał napadu?
-Oglądał coś na komputerze.
-Co to było?
-Moje znamię.
-To nic nie tłumaczy.
-Jak to nic? Patrzył na znaczenie i dostał świra.
-Chodzi o samo twoje znamię. Ono nie ma prawa tak działać.
-To jak myślisz czemu miał atak?
-Ile masz znaków upadłych?
-Cztery...
-Teraz będziesz miała piąty.
-Co to oznacza?
-Że wkrótce przepowiednia się spełni a ty musisz dokonać wtedy wyboru.
-On jeszcze coś mówił...
-Co takiego?
-Księżniczko już czas. Już nie długo się spotkamy, już nie długo i potem kopnęłam go i już leżał.
-Przemawia przez niego jego druga natura. Ale plusem est to ze umie z tym walczyć i to bardzo dobrze.
-Druga natura czyli ta zjawa?
-Tak. Już chyba wiem czemu miał napad padaczki.
-Co to wywołało?
-Ogień. Jest magiem ognia po matce, jego serce zajażyło się ogniem a potem przeszło to do mózgu i tak to się stało. Wiem że to brzmi nie realnie i książki o medycynie uważają to za fikcje, ale tak to działa w Tirror Blood.
-Chyba już nic mnie nie zdziwi.
-Będę się bardzo cieszyć z tego powodu.
-No dzięki.
-Ależ proszę cię bardzo idź teraz obudzić śpiącą królewnę bo już lądujemy.- wyciągnął rękę przed siebie i pokazał mi ląd. Wyglądał tak jak go zapamietałam, zloty i oświetlony blaskiem słońca. Pobiegłam do Johnnego
-Jo Bambusie wstawaj lądujemy- poklepałam go po ramionach  i po twarzy, postanowiłam uderzać go wszędzie aż się nie obudzi
-Wiemy że jesteś piękna królewną ale rusz tą dupe- kiedy moje pięści dotarły do jego krocza, wzdrgnął się i złapał mnie za nadgarstki
-Zabiraj łapy albo oberwiesz- rzekł i rzucił moje ręce na bok a potem usiadł
 -Na przedżeźnianie się mendzie wzięło- schował twarz w dłoniach i spojrzał na mnie przez palce
 -Co się stało?- przejechał dłońmi po włosach
-Dostałeś drgawek a potem zasnołeś i tyle- spojrzał na mnie z skrzywym uśmieszkiem
 -Wiem kiedy klamiesz diablico, dobra siadamy i lądujemy opowiesaz mi wszystko wieczorem- uniosłam brew a on dodał
-Młoda i zboczona, spokojnie idziemy całą ekipą na kolacje- uśmiechnęłam się lekko i zajełam miejsce na fotelu obok okna a on na przeciwko mnie, zapielismy pasy i odrzutowiec juz zniżał lot.
 Nareszcie wylądowaliśmy. Mike szybko zaparkowal na miejscu dla prywatnych odrzutowców i wysiedliśmy z tej puszki. Wyszliśmy na świeże powietrze i na schodach czekała na nas Isabell
-No wreszcie jesteście- podeszła i uściskała mnie a potem Johnnego
-Witaj Isabell- głos Andrewsa zabrzmiał za nami
 -Cześć Michael- spojrzała na niego z wściekłością w oczach a on tylko do niej mrugnął. Wsiedliśmy do białego BMW które należało do Isabell, ja z Mike'em z tyłu ona i Jo z przodu. Szczerze mówiąc dziwnie się czułam kiedy Johnny nie siedział za kółkiem, zawsze on prowadził a teraz robi to osoba której w ogóle nie znam. Wyjechaliśmy z terenu lotniska i jechaliśmy ulicą prowadzącą centralnie do La Ramblas.
Jechaliśmy jakieś pół godziny które było torturą, siedzieliśmy w ciszy nawet radio nie grało bo Isabell nie lubi hiszpańskiego radia i ogólnie tego języka Po cholerę tu przyjechałaś skoro nie lubisz tego języka? nigdy nie zrozumiem blondynek, jedyne co poprawiało mi humor to to że mijaliśmy bilbordy z FC Barcelony i że zaraz rusze na plaże choć jest szósta wieczorem. Zajechaliśmy pod drzwi do apartamentowca. Weszliśmy po schodach na drugie piętro, okazało się że jest to mieszkanie Isabell które kupiła na współkę z Jo kilka lat temu. Mieszkanie było dwu piętrowe i wyglądało tak samo jak to Johnnego w Bostonie. Zostałam zaprowadzona do pokoju na górze, czyli do pokoju Is
 -Przebierz się zaraz idziemy na kolacje- powiedziała właścicielka i zostawiła mnie sam na sam ze swoją szafą Popełniłaś błąd zostawiając mnie tu, podeszłam do komody stojącej przy końcu łóżka. Pierwsza szuflada-Bluzki, druga-Spodenki, trzecia-Bielizna, czwarta-skarpetki i rajstopy, poddałam się i otworzyłam szafę wbudowaną w ścianę. Zawartość szafy obejmowała głównie sukienki i spódnice, wszystko do połowy uda i w kolorach tęczy, ale nic czernego NIC. Wróciłam do komody i wyjęłam z niej jeansowe jasne krótkie spodenki i białą zwiewną koszulkę z kuziczkami, na dnie szafy znalazłam czarne eleganckie sandałki, szybki makijaż i koniec. Opuściłam norę Isabell i poszłam do moich towarzyszy, wszyscy byli w salonie ubrani elegancko tak jak ja, John gwizdnął na mój widok i już byliśmy w drodze do restauracji.
 Jedliśmy w barze na plaży zamówiłam to samo co wszyscy czyli kalmarki, najlepsze na świecie. Siedzieliśmy sobie a chwile później dołączyli do nas bracia Mind wraz dziewczynami, Dakota wyrwała się z pod ramienia Ray'a i pobiegła w moją stroną a Kasandra za nią, zrobiłam to samo co one i sekundę później ściskałyśmy się na środku baru
-Boże myślałam że coś się wam stało- mówiłam jakby przez łzy
 -My też- odpowiedziały zgodnie. Prztulałyśmy się jeszcze trochę i poszłam do chłopaków
-O was to się wcale nie martwiłam- popatrzyli na mnie i wybuchłi śmiechem, przytulili i poszliśmy do stołu
-Mike stary gdzieś ty się podziewał?!- krzyknął Jack
-Tam gdzie wy szczeniaki- cała piątka usiadła do stołu i dokńczyliśmy jedzenie. Chłopaki pochłonęło wszystko w mgnieniu oka a potem zaczęła się moja ulubione część -picie. Alkohol polał się odrazu, chłopaki odpalili papierosy a Jordan z Jo jointy a mi pozostało tylko piwo. Poczekam aż dziewczyny troszkę popiją to dołącze do Jordana.
Minęło sporo czasu i wszyscy byliśmy lekko wcięci i Mike postanowił zacząć inny temat
 -To kiedy Blue dowie się dlaczego nic nie pamięta- szturchnął łokciem Bambusa -Ja nic nie wiem. Ty mi lepiej powiedz- potem do rozmowy dołączył się Chris
 -Jak to nic nie wiesz. Przecież sam kazałeś nam ją wytropić- atmosfera była trochę napięta a ciszę miedzy zdaniami przerwał dźwięk otwieranej puszki przez Dakote
 -No Jo powiedz Blue co wydarzyło się w jej jedenaste urodziny- nie odpowiedział nic tylko wziął kolejnego macha
-Dobra ja będę ten odważny- Ray wstał oparł ręce o blat i przemówił
-Jo wymazał ci pamięć a teraz ona wraca. Nie pamiętasz Tirror Blood, ale teraz se go przypominasz.- otworzyłam usta ze zdziwienia a potem dołączył Mark
 -I on obserwuje cię odkąd się urodziłaś a my jesteśmy twoimi opiekunami- miałam dosyć wytrzeźwiałam natychmiast i rzuciłam się przed siebie. Za sobą usłyszałam szuranie kszesła-Jo, odrazu przyśpieszyłam a on biegł za mną Kurwa po co ja piłam gdybym była w pełni trzeźwa nigdy by mnie nie dogonił. Szłam teraz szybkim marszem a on dobiegł do mnie i złapał mnie za ramię, chwyciłam jego dłoń i wykręciłam mu ją
-Kiedy zamierzałeś mi to powiedzieć!?- wbiłam w niego paznokcie
 -Miałem w samolocie ale sama widzialas co sie wydarzyło- wyrwał swoją dłoń z mojego uścisku
 -Powiedz co jeszcze ukrywasz przede mną!- ruszyłam przed siebie
 -Teraz już nic. Zaczekaj!- przyśpieszyłam
-Zostaw mnie w spokoju!- podbiegł do mnie
-Blue na plaży nie jesteś bezpieczna!- ruszyłam biegiem a on za mną. Boże czemu nie wzięłam ze sobą pistoletu
 -Bo co?! Księżyc mnie popaży?!- podeszłam do wody
-W tych wodach jest coś gorszego od upadłych!- pobiegłam na mostek zbudowany z kamieni, slyszalam kroki ale nie zwracałam na nie uwagi. Biegłam tak jak zawsze gdy nagle noga mi się wymsknęła i przewróciłam się na wystające z wody kamienie. Czyłam ból w boku, dotknęłam go poczułam wilgoć i kłujący kawałek kamienia. Moja ręka była czarna od krwi a woda dookoła mnie miała ten sam kolor. Spojrzałam ku górze niebo pokryły gwiazdy a księżyc oświetlał wszystko dookoła, po chwili zjawiła się nade mną twarz Jo
 -Blue nie ruszaj się- mówił to tak spokojnie że aż się rzygać chciało Nie tym razem skurwielu i zniknęłam wraz z falą która otoczyła kamienie.
   Nie liczyło się już nic oprócz mnie i świecącego nad wodą księżyca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz