poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 11

Haha ma internety!! Kocham Świnoujście! Przystań zajebista i Plaza tez. Ma dla was nowy rozdział radowac mi się. Kocham Świnoujście!! <3

                                      Pozdrowienia z 50. etapowych regat turystycznych przesyła                                                                                                             Bluel Namess
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
                                                            Rozdział 11
Widok pana Andrewsa tuż po ataku przeraził mnie. Wycelowałam w niego broń a wczesniej poknęłam go w jaja. Powinnam być raczej bezpieczna.
        Andrews leżał skulony na ziemi. Ups... Nie wiedziałam że aż tak go za boli. Wysiadłam i podeszłam do niego
-Wszystko dobrze?- dotknęłam jego ramienia
-Mogę być tylko bezpłodny, ale po za tym to nic mi nie jest- wstał i otrzepał się
 -Co ty w ogóle tu robisz?- zapytał
-Wyjeżdżam na wakacje- i ratować swoją dupe przed jakimiś pojebami których mam być władczynią
-Aha, widzę że sama nie jesteś- podszedł do auta a ja wycelowałam w niego pistolet
 -Jestem z kolegą. A pan skąd się tu wziął?
- Przejeżdżałem i zobaczyłem stłuczkę i odłóż tego gnata dziecko, bo se jeszcze coś zrobisz.
- Proszę się odsunąć od auta. Pan sobie poczeka obok krzaczka. Dobrze?
- Dobrze poczekam.
Ustawił się grzecznie obok krzaczka a ja wyciągnełam Johnnego z wraku. Był nieprzytomny, ale oddychał. Nim się obejrzałam Andrews stanął obok mnie i przejął ciało, położył na ziemi a z kieszeni wyciągnął latareczke. Spojrzałam przez jego ramię, sprawdzał jak źrenice Jo reagują na światło, potem jeszcze go skontrolował i wstał
-Będzie żył. Narazie niech śpi, potrzebuje tego.
-Kiedy wróci do siebie?
-Za parę godzin lub dzień. Widać że długo nie spał.
-Za parę godzin to my mieliśmy być na lotnisku.
-Będziecie. Miałem z wami lecieć.
Po tych słowach wziął bezwładne ciało Bambo i zaniósł do swojego auta. Nie ogarniałam jak on niby miał z nami lecieć? Może jako opiekun, albo załatwił bilety. Dobra nie ważne dopytam się go.
Podeszliśmy za wrak auta w które w nas wjechało. Moim oczom ukazał się czarny Jeep. Wychowawca położył Johnnego na tylnych siedzeniach a ja usiadłam z przodu. Andrews odpalił auto i odjechaliśmy
-Jak pan nas znalazł?- spojrzał się na mnie
 -Wiedziałem że nie uwierzysz- wypuścił powietrze z ust i mówił dalej
 -Tropiłem nie daleko i zauważyłem, że opętani czegoś szukają. Pojechałem za nimi i tak was znalazłem- teraz mu uwierzyłam, ale jedno mnie niepokoiło
 -Jak to opętani? Zaatakował nas tylko jeden- poprawił się na fotelu -Reszta... Tak powiedzmy zaginęła w akcji- wzrok miał nie pewny a na jego skroni pojawiła się kropelka potu. Postanowiłam ciągnąć tę rozmowę dalej
-Jak niby zagineli w akcji?
-Rozszarpało ich.
-W jakim sensie?
-Zabiłem ich. Nie męcz mnie już.
-Jak pan ich zabił? Wcześniej mówił pan coś o rozszarpaniu.
-Kurwa. Daj mi narazie spokój!
-Spokojnie. Tylko bez wulgaryzmów.
-Powiedziała dziewczyna która co drugie słowo potrafi klnąć.
-Nie przesadzajmy. Najwyżej co czwarte.
-Powiedzmy że ci wierze. Powiedz mi jak to możliwe że tamten gość zaatakował Jo a nie ciebie?
-Skąd pan wie że on nazywa się Jo?
-Znamy się. Odpowiedz na pytanie.
-Jo wspominał że oni boją się wilkołaków. A ja chyba nim jestem.
-Jesteś owszem, ale nie wiadomo po kim. Powiedz farbowałaś kiedyś włosy?
-Aha?... Nie, nigdy nie farbowałam włosów.
-Teraz to się zmieni i kupimy ci jeszcze soczewki.
-Czyli zmiana wyglądu obejmuje kolor oczu i włosów.
-Tak. Podaj mi telefon. Jest pod siedzeniem.- Schyliłam się i poruszałam ręką pod fotelem aż natrafiłam na telefon, wciągnełam go i podałam Andrews'owi. Kiwnął tylko głową i zaczął wybierać numer do gdzieś tam. Spojrzałam na Jo, leżał spokojnie, oddychał a po ranie na łuku brwiowym nie było śladu. Nic mnie już nie zdziwi... Z tego co zrozumiałam jedziemy teraz na lotnisko i lecimy do Los Angeles
-Jedziemy teraz do motelu tam cię przefarbujemy- wyrwał mnie z toku myślowego
 -Z tego co wiem to wygląd miałam zmienić w L.A- uśmiechnął się lekko
 -Mała zmiana planów. Odrazu lecimy do Barcelony z L.A do za duże ryzyko- rozczarował mnie, chciałam zobaczyć Los Angeles nigdy tam nie byłam i znów okazja przeszła mi obok nosa.
    W końcu odjechaliśmy do jakiegoś motelu. Wysiedliśmy i Andrews ruszył w stronę recepcji a ja pilnowałam Jo. Żal mi go trochę było, musiał na serio porządnie przywalić w tę kierownice. Przejechałam palcami tam gdzie była rana, drgnął a ja cofnęłam rękę. Za moimi placami był Andrews
 -Blue Knowles się martwi? Nie wierze- rzuciłam mu wkurwione spojrzenie
-Chyba pana pojednało. Rana szybko zniknęła więc ciekawość się odezwała po...- uderzył mnie pięścią w ramię
-Dobra nie tłumacz się już. Weź walizki z bagażnika a ja śpiącą królewnę- otworzyłam bagażnik i wciągnełam walizki + jakąś starą teczkę.
     Nasz pokój był dwuosobowy z dostwionym łóżkiem które ja sobie zajełam, łazienka też była malutka ale czego oczekiwać na jedną noc
 -Położe narazie chłopaka na osobnym łóżku a potem go przeniose.- i moje marzenie o czystej i pachnącej pościeli legło w gruzach
 -Mogę mówić do pana po imieniu lub nazwisku? Nie lubie powtarzać ''pan Andrews''- położył Jo na łożu i spojrzał na mnie
-Bądźmy na ty ok? Ale jak już to mów nazwiskiem.- w odpowiedzi kiwnęłam głową
-A więc Andrews masz wszystko co potrzebne do mojej ''przemiany''?- na słowo ''przemiana'' wzdrgnął się i głośno przełknął ślinę
-Wiem jak lubisz swój kolor włosów więc kupiłem kilka szamponetek i zielone soczewki- skrzywiłam się, nienawidzę zielonych oczu ale teraz będę musiała przeżyć
-Dobra dawaj mi te rzeczy i miejmy to z głowy- wyjął z torby reklamówke i podał mi ją
-Pofarbujesz włosy sama czy ci pomóc?- spojrzałam na niego przez ramię
 -Dam rade sama- uśmiechnął się, on cały czas sie szczerzy no ile można?!
-Mam nadzieje że lubisz brązowy kolor- mówiąc te słowa kiwnął głową w stronę Johnnego. Poszłam w stronę łazienki wyłożonej żółtym marmurem. Na bogato kurwa. Nalałam farby do kubeczka stojącego przy umywalce, wymieszałam i nałożyłam na włosy. Mój piękny kruczo-czarny kolor znikł pod warstwą brązowego kremu. Chwyciłam pudełko z soczewkami, wyjełam zawartość i po chwili miałam pierwszą soczewkę na palcu.
        Całe przygotowanie zajęło mi jakieś dwadzieścia minut i w zielonych oczach wygladalam okropnie a brązowa farba nie pokryła całości moich włosów. Cóż biedne życie ''wybranej''. Wyszlam z  lazienki i pokazalam sie Androsowi ktory gwizdnal i rzekl
-No no no teraz w ogole nie wygladasz jak z przepowiedni- prychnelam na niego i podeszlam do Jo
-Kiedy sie obudzi? Martwie sie troche- uslyszalam cichy chichot
-Spokojnie jak rana sie zagoila to juz polowa drogi.- spojrzalam na niego
 - Zostajesz z nim czy idzesz ze mna na impreze?- zapytał
 -Poproszę opcje C- spojrzał się na mnie ja na debila potem powiedział ''aha'' a potem potrząsnął głową w oznace że nie ogarnia o co chodzi
 -Opcja C to wybudzenie go i pójście na impreze wraz z nim- jego spojrzenie mówiło ''pojebało cię dziewczynko''
 -Jak ty chcesz to niby zrobić?- i teraz wiem jak czuł się ojciec kiedy o to pytałam -Daj mi zimną wodę a jak masz to krem do twarzy jaki kolwiek i adrenalinę lub energetyk- ostrzegam nie probojcie tego w domu pamiętajcie ze jakieś półtora godziny temu brałam więc wyobraźnia działa. Andrews podał mi wszystko o co prosiłam tylko zamiast adrenaliny to energetyka. Wymieszałam energetyka z kremem do twarzy, posmarowałam tym twarz Jo, odczekałam chwilę aż delikatnie się wchłonie i oblałam go miską lodowatej wody. Efekt był natychmiastowy, Johnny wstał odrazu i usiadł na brzegu łóżka
 -Blue jesteś cała?!- krzyknął, przytrzymałam go za ramiona by czasami mnie nie uderzył
 -Jestem cała ty poległeś w walce więc nie zgrywaj bohatera- po jego twarzy widziałam że miał stuprocentową pewność że jestem w pełni zdrowa
 -Dobra co z autem?- po tym pytaniu rozległ się głos za mną
 -Do kasacji Jo, wiem żal takiej fury, ale ty przynajmniej cały jesteś.- odwróciłam się a Andrews stał oparty o stolik nocny ze szkalną whiskey w ręku
 -Twoje zdrowie gówniarzu- upił łyk trunku
 -Mike ty stary psie. Gdzieś się podziewał?- mówiąc to wstał i wraz z Andrews'em zrobił niedźwiadka
-Mike? Skąd wy kurwa się znacie? Czy mogę liczyć chociaż na zasrane wyjaśnienia?!- odpuścili okazywanie sobie uczuć i spojrzeli się na mnie. Wyglądali jak para geji, nie kłamie
 -Mike to skrót od Michael. Poznaliśmy się podczas walki z upadłymi, złączyliśmy siły wraz z jego watachą- a myślałam że nic mnie już nie zdziwi i jednak się myliłam
-Dobra to idziemy na tą imprezę czy nie? Muszę się napić by przyswoić sobie wszystko- skrzywili się lekko, ale i tak ruszyliśmy szukać jakiegoś klubu w okolicy.
Poszukiwania nie trwały długo. Dosłownie za naszym motelem był mały bar z którego słychać było muzykę i widać było wchodzących do niego ludzi. Weszliśmy do środka. Na przeciwko drzwi wejściowych stał wielki bar, pod ścianami stały stoliki a środek został pusty dla osób tańczących. Rozejrzałam się dookoła, wszystkie dziewczyny były w miniówkach i bluzkach z dekoltem do kolan, kozaki na szpilach. Kurwa trafilśmy na zjazd dziwiek, ale chłopakom najwyraźniej się podoba. Upodobniłabym się do nich ale jedyne ubrania jakie miałam to głównie same T-Shirt Johnnego i krótkie spodenki no i oczywiście moje ulubione czarne clipersy, i to właśnie miałam na sobie ale pozwoliłam sobie przerobić  t-shirt Jo i tak się nie obrazi... Chyba. Podeszłam do baru i zamówiłam tequila dla siebie i chłopaków. Po kilku poszliśmy tańczyć, muzyka wypełniała całą salę a dziwki tańczyły w stylu ''przeleć mnie jestem napalona''.  Jo był najebany w trzy dupy, Mike był jakimś cudem trzeźwy a ja szalałam jak zwykle czyli: sex w toalecie, alkohol, trawa, sex i alkohol. Po kolejnym numerku w kiblu poszłam szukać Mike'a który jak się okazało stał przy barze
-Siema. Ja się bawisz?- zapytałam
-Jest zajebiście. Szukasz może Jo?- po chuk on się mnie o to pytał? teraz ciekawiło mnie gdzie on jest
 -W tym momencie tak. Gdzie jest?- w odpowiedzi skierował swoją rękę w stronę męskiej toalety, podziękowałam mu skinieniem głowy i poszłam we wskazanym kierunku.
Dlaczego w męskim zawsze wali zgniłym jajem? Nie wiem, ale to nie jest najpiękniejszy zapach. Lustra w łazience były rozbite i pomazane, umywalki mokre dookoła, pisuary osikane a drzwi od kabin wyrwane z zawiasów oprócz kilku. Otworzyłam jedne z ocalałych drzwi -pusto, z drugimi to samo a z trzecich wylatuje jedna z dziwek a za nią jakiś mięśniak, który wyglądał jak jeden z tych którym mózg wparował razem ze sterydami. Dziewczyna wybiegła z kabiny z krzykiem, a chodzący steryd rzucił z całej siły w nią jej kozakiem
-Pierdolona dziwka- wrzasnął
-A ty co się gapisz?- rzucił moją stronę
-Ogranicz sterydy to może cię zechce- wiem że za to co mu teraz mówić oberwe, ale brakuje mi adrenaliny
-Wypierdalaj stąd! Znaczka nie widziałaś?!- uderzył pięściami o ścianę
-Idź się zabaw z ręką bo najwyraźniej nie wyżyty jesteś- oj oberwe za to jak nic, boże żebyście widzieli jaką ma teraz czerwoną twarz
-Ty suko!- uderzył mnie
-Jak śmiesz!- kopnięcie
 -Spierdalaj!- krzyknełam i kopnęłam go w jaja a potem popchnęłam w stronę wyjścia. Był tak nawalony że nie wrócił się nawet tylko wyszedł. Podeszłam do ostatniej kabiny z której wystwał kawałek buta. Otworzyłam drzwi a moim oczom ukazał sie widok klęczącej dziwki i siedzącego na kiblu Johnnego gdyż mu obciagała, nie mogłam się powstrzymać od komentarza
-No widzę że przestałeś być dziewicą- spojrzał się na mnie a głowa rudej dalej chodziła to w górę to w dół
-O Blue miło że wpadłaś przyłączysz się?- spojrzałam na niego z obrzydzeniem
 -Za wysokie progi dla ciebie Bambusie jeszcze byś za szybko doszedł- zaśmiał się i położył rekę na głowie rudej
 -Szpokojnie jeszcze będziesz tego chciała- prychnęłam
-To se poczekasz. Zrób mu szybko dobrze bo musimy juz spadać. Widziałam kilku opętanych- poklepałam rudą po dupie i wyszłam z pomieszczenia. Nie wiedziałam że zapach wódki i fajek może być jak tlen-naprwadę. Szybko odnalazłam Andrews'a i wyszliśmy z klubu na zegarku dochodziła trzecia nad ranem i słońce już wschodziło. Szliśmy gdy nagle Andrews się zatrzymał i nerwowo wciągał powietrze nosem
-Co jest?- zapytałam
-Upadli gdzieś tu są i nie są sami- odsunął mnie od siebie i zaczął się przemieniać. Wszystkie jego mięśnie rozszerzyły się a skóra obrosła sierścią, po chwili twarz mu się wydłużyła i zamieniła w pysk a paznokcie zastąpiły pazury. Poruszał na sie teraz na czterech i przysunął się bliżej mnie. Słyszałam kroki a przed oczami powoli pojawiały nam się postacie. Jako pierwsza okazała się postać upadłego z wilkiem na smyczy następnie kolejni upadli powoli wyłaniali się z ciemności. Popatrzyłam na wilka u boku upadłego, wyglądał podobnie do Mike w wilczej postaci, skierowałam wzrok na Andrews'a- miał smutek w oczach. Napastnicy zbliżali się do nas z włóczniami wycelowanymi w naszą stronę. Mój wilk rzucił się do walki i po sekundzie rozległ się krzyk jednego z upadłych, ten sam który słyszałam na stacji. Andrews zabił jednego z nich i wtedy opętany wilk rzucił się na niego, rozległo się warczenie wraz z piskami a Mike lekko kulał. Napastnicy dalej zbliżali się do mnie, wyjęłam pistolet zza paska i strzeliłam w jednego- nic, jego twarz tylko rozpłynęła się na chwile by przepuścić pocisk i znów wróciła do poprzedniego stanu. Włożyłam pistolet zza pasek i przygotowałam się na atak. Skupiłam w dłoniach energię i czekałam aż któryś się na mnie rzuci. Wiatr zawiał i sierść latała dookoła a jeden z upadłych rzucił się na mnie z włócznią w rękach. Przesunęłam sie w bok by uniknąć zderzenia z nim i rzuciłam w niego energią, uniknął kuli i wyrzucił włócznię w moją stronę, skrzyżowałam ramiona przed sobą i znów rzuciłam w niego energią za pomocą ''x'' zrobionego z niej. Włócznia rozpadła się a jej odłamki zabiły napastnika ''i co teraz skurwielu?'' pomyślałam i przyjełam kolejny atak. Tym razem napastnik miał maczugę jako broń. Dostałam cios w plecy i padłam na ziemię. Ból był makabryczny sparaliżowało mnie na moment i nie mogłam nic zrobić. Spojrzałam na swoje dłonie-energia znikła. Upadły stanął nade mną a ja jak idiotka czekałam na ostateczny cios, spróbowałam się poruszyć ale ból na to nie pozwalał. Zamknełam oczy i czekałam na śmierć.
Usłyszałam odgłos ciała padającego na ziemię. Ból już zelżał i zaczełam wstawać powoli. Okej jakoś wstałam i utrzymałam się na nogach. Było już po wszystkim -zero wilków, zero upadłych tylko Mike cały we krwi i Jo z zakrfawionym mieczem. Machnęłam na nich ręką i ruszyłam w stronę motelu
-Dobrze sobie poradziłaś!- krzyknął Andrews
-Masz talent!- dodał Johnny
 -Dobra chodźcie bo ja nie chce znów oberwać- grzecznie poszli za mną.
  Po krótkim marszu już byliśmy w pokoju. Chłopaki odpalili telewizor a ja poszłam do toalety zobaczyć straty.
  Dwa nowe tatuaże na plecach jedna rana na obojczyku, oprócz tego nowe umiejętności i ból pleców. Umyłam się szybko, ubrałam i ruszyłam w stronę do łóżka. Na łożu małżeńskim siedział Jo z Andrews'em  a pomiędzy nimi jakaś wielka stara księga nad którą unosiły się litery i kolory. Podeszłam bliżej i chłopaki się odwrócili
-Siadaj księżniczko musisz wiedzieć co cię czeka- grzecznie usiadłam i pochyliłam się nad księgą, Jo odsunął mnie lekko od niej. Siedzieliśmy w ciszy której miałam natychmiastowo dość
-Mike co się stało wtedy podczas ataku?- wzrok miał utkwiony w światłach emitujących z księgi, ale i tak odpowiedział
-Ten wilk co z nimi był to... To był mój brat i ja musiałem go zabić... Jest gorzej niż myślałem. Blue tym bardziej musisz koniecznie znaleźć się w Barcelonie i to już niedługo.- trząsł się cały i John dokończył za niego
-Przepowiednia mówi że jeśli upadli opetają władcę watachy Wieczności to umarli powstaną z zaświatów i opetają wszystkich ludzi a szatan będzie panem.- zabrzmiało to jakby ksiądz prawił kazanie w kościele, ale słuchałam dalej
-Tylko pełnokrwista władczyni Angel Blood czyli dziejszego Tirror Blood, może ocalić wilkołaki jak i ludzi. Musi ona zejść do swojego królestwa i przez przejście znajdujące się w sali zaklęć pójść na spotkanie z szatenem i wykonać trzy zadania. Lecz zanim to zrobi musi spotkać się z szamnką watachy i wilczej postaci oddać się wtopieniu- spojrzał z żalem w oczach na mnie
 -Jak mam się tam dostać?- zapytałam
-Przejście do Tirror Blood znajduje się w pomniku Kolumba na La Rambla w Barcelonie.- przypomniał mi się mój sen ja, mama i tata wchodzących do tego miasta
-Byłam tam już kiedyś z rodzicami, ale nie pamiętam wszystkiego dokładnie- patrzyli na mnie ze zrozumeniem w oczach i Mike w końcu przemówił
 -Jutro jedziemy na lotnisko i lecimy do Barcelony. Tam czekają na was przyjaciele ja zniknie wam z oczy w pierwszym lepszym lesie muszę znaleźć tych którzy jeszcze są.- zamknęli księgę, spojrzeli na mnie i zgodnym chórem powiedzieli
    -Blue potrzebujemy Cię.- i te słowa będę mni męczyć całą noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz