Budynek komisariatu przypominał wielkie szare pudło, gdzie nie gdzie ściany były przeszklone. Drzwi główne miały dwa skrzydła w odcieniu szarości, metalowe rusztowania otaczały wschodnie ściany budynku a z pikapa stojącego nie opodal wydobywała się muzyka.
Weszłam do środka i podeszłam do policyjnej recepcji, gdzie skierowali mnie na sam koniec korytarza o zgniło- żółtym odcieniu z ławkami pod ścianą. Dookoła unosił się zapach papierosów i męskich perfum. Podeszłam do pokoju na końcu korytarza, ku mojemu zdziwieniu drzwi były uchylone a ze środka wydobywał się głos Jordana.
Głos mojego przyjaciela był spokojny, ale w można było w nich usłyszeć nutę irytacji. Po co go w ogóle zgarnęli? On ostatni raz widział moich rodziców w moje piętnaste urodziny. Odsunęłam się od drzwi kiedy usłyszałam szuranie krzesła od środka. Jordan wypadł z pomieszczenia z wyraźnym wkurwieniem na twarzy. Nie zauważył mnie na szczęście, bo nie wiedziałabym co powiedzieć. Funkcjonariusz wychylił się i machnął ręką w moją stronę, skinęłam głową i weszłam do środka. Pokój nie wyglądał tak jak sobie wyobrażałam, ale da się przeżyć. Usiadłam na przeciwko biurka za którym siedziała pani policjantka. Na biurku leżał dyktafon a obok niego szkicownik. Policjantka obejrzała mnie od góry do dołu i przemówiła
- Rozluźnij się kochana trochę spięta jesteś- założyłam nogę na nogę i rzuciłam
- A pani nie była by spięta po zamordowaniu pani rodziców?- jej mina wskazywała na determinację
- Dobrze. A więc powiedz mi kiedy ostatni raz rozmawiałaś z którymś z rodziców?
- Wczoraj przed apelem zwołanym bez ważnego powodu.
- Czy pod czas tej rozmowy słyszałaś coś co mogło Cię zaniepokoić?
- Mama miała zmęczony głos a tata krzyczał coś z tyłu i...- To wspomnienie dotarło do mnie jakby ktoś dał mi w twarz. Tata krzyczał, ale słyszałam też strzał i spadający wazon. Było jeszcze coś, słowa mamy: ,,Pamiętaj że cię kochamy księżniczko''. Księżniczko mama mówiła tak zawsze kiedy wyjeżdżali nie mówiąc gdzie. Otrząsnęłam się ze wspomnień i dokończyłam
- ...i słyszałam jak coś upada brzmiało jak tłuczone szkło i był jeszcze wystrzał, chyba z dubeltówki którą miał tata - policjanta wraz z towarzyszem wyglądali na zaciekawionych. Funkcjonariusz podszedł do komody stojącej przy drzwiach i wyjął z niej teczkę, podał ją blondynce na przeciwko mnie a ona popatrzyła tylko z obrzydzeniem na zawartość. Wyjęła wszystko co było w środku i podała mi. Serce stanęło mi w gardle na zdjęciu był zdemolowany salon, kanapa była w strzępach a telewizor zwisał na ścianie pobity. Na białych ścianach widniały ściany krwi i o dziwo ślady ogromnych psich łap, ale najdziwniejsze było to że po za krwią i łapami były tam cienie, mieniące się cienie. Następne zdjęcie przedstawiało rozszarpane ciało mojego taty, nie miał połowy gardła a brzuch i klatka piersiowa były otwarte, serce leżało obok głowy której twarz miała przerażony wyraz. Kolejne zdjęcie przedstawiało mamę tu już mniejsza masakra tylko głowy nie było, ale leżała obok pogryzionej ręki. Ostatnie zdjęcie przeraziło mnie najbardziej martwe zwierzę- Wilk- tylko według mnie trochę za duży jak na wilka, miał przestrzelony łeb po za tym nic mu nie było. Odłożyłam fotografie na biurko i przemówiłam
- Hmmm... Obstawiałabym jakiegoś psychopatę gdyby tylko nie ten wilk i łapy na ścianach - chyba nie spodziewali się takiej reakcji, ale rzygać to nie będę
- Ciało tego wilka znaleziono na stole w jadalni. Niestety nie wiemy jak się tam znalazł, ale... - przerwał bo telefon w drugim pokoju zaczął dzwonić. Blondynka wstała i kazała mi za sobą iść. Przeszliśmy przez korytarz do innego pomieszczenia, który jak podejrzewałam okazał się pokojem z dowodami zbrodni. Policjantka położyła na stole dubeltówkę taty i noże do rzucania które należały do mamy, wszystkie we krwi. Po mojej minie blondi stwierdziła że znam te przedmioty i powiedziała że to już wszystko i mogę już iść.
Wyszłam z komisariatu i ruszyłam z stronę El. Stanęłam jak w murowana gdy zobaczyłam Jordana siedzącego na ścigaczu. Podniósł głowę i na jego twarzy pojawił się uśmiech, zszedł z El bo wiedział że go utłukę
- No księżniczko wiedziałem że kiedyś Cię złapią, ale że w takim wieku.- jego słowa przyniosły mi ulgę po wywiadzie
- Jordan jak zawsze pogodny i pełny szczęścia - uśmieszek z szedł mu z twarzy
- Trzymali mnie tam ponad dwie godziny, pytając o morderstwo twoich rodziców i o handel narkotykami- ostatnie słowo zahuczało mi w głowie, nie miałam nic a ni koksu a ni ekstazy... Byłam spłukana. Podeszłam do niego zabrałam kask i wsiadłam na El
- Spotkamy się dzisiaj wieczorem u Mind i przynieś to co twój znajomy mi zabrał - rzuciłam przez ramię i pognałam przez siebie.
Wróciłam na campus, do swojego lochu, do Kasandry i Dakoty które czekały na mnie najwyraźniej ze zniecierpliwieniem. Ledwo weszłam do pokoju i dziewczyny zasypywały mnie gradem pytań typu ''Jak się czujesz?'' czy ''Jak długo tam siedziałaś?'' a najdziwniejsze pytanie padło ze strony Kasandry: ''Pokazali Ci trupy?''. Nie odpowiedziałam na żadne z pytań tylko się rozebrałam i zaczęłam grzebać w szafie
- Pamiętajcie że dzisiaj impreza u Mind. Chyba że mam sama wszystko wypić- dziewczyny wydały z siebie zdziwiony pisk
- Chcesz iść na imprezę tuż po informacji o morderstwie twoich bliskich?- powiedziała najbardziej zdziwiona Dakota
-Tak. Żałoba dopiero po pogrzebie teraz żyje jak dotychczas.- obie wzruszyły ramionami i zaczęły ubierać się na imprezę.
Po godzinie strojenia byłyśmy gotowe, miałam na sobie białą sukienkę do połowy uda z długimi rękawami i białe obcasy z wyciętym palcem. Wyszłam jako ostatnia, zamknęłam pokój i ruszyłam w stronę schodów. Na korytarzu siedział Kevin, wyraźnie na kogoś czekał, spojrzał i ruszył w moją stronę. Jego wzrok był pusty a twarz uformowana w skupienie, przyśpieszył a ja zrobiłam krok w bok by się z nim nie zderzyć. Minęliśmy się a on złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie, spojrzał mi w oczy. Przeraziłam się, jego oczy były czarne, próbowałam się wyrwać ale on tylko mocniej zaciskał uścisk. Jego palce na moich plecach wbijały się coraz mocniej jakby miał szpony, w końcu przemówił
- Królowo już nie długo. Uważaj impreza to nie jest dobry pomysł- puścił mnie i poszedł dalej. Nie wiadomo jakim cudem szłam dalej chociaż tego nie chciałam.
Dziewczyny czekały już przy mercedesie. Nie pytały dlaczego tak długo to trwało po prostu wsiadłyśmy i ruszyłyśmy się bawić.
Parking był zapełniony a z warsztatu wydobywała się muzyka, dziewczyny skoczyły szybko do sklepu i kupiły alkohol. No to zaczynamy, pomyślałam i weszłyśmy do środka. Pomieszczenie było wypełnione ludźmi, muzyka podkręcona na maksa i zamiast narzędzi na blatach był alkohol i jedzenie. Podeszłyśmy do stolika dla "VIP-ów" i otworzyłyśmy piwo, ale ja czekałam na Jordana a raczej na towar. Siedziałyśmy chwilę same aż przyszli bracia
- No no, diablica zamieniła się dzisiaj w anioła- krzyknął Chris
- A ty Christopherze jak zawsze uroczy - mówiąc to puściłam do niego oczko
- Zawsze do usług diablico - ucałował moją dłoń i też puścił oczko
- Gdzie jest Ray?- odezwała się zniecierpliwiona Dakotka. Nie dziwi mnie to zbytnio, Ray był jej chłopakiem od roku więc miała prawo się o to pytać. Przyjrzałam się DJ'owi był to Mark a obok niego stał Jack z uniesionym drinkiem do góry i krzyczący ''Do białego rana!!". Po chwili Kasandra poszła tańczyć, a Ray przyszedł do swojej księżniczki i zaczęli się obściskiwać. Mimo woli wywróciłam oczami i zostawiłam ich samych, akurat leciał mój ulubiony kawałek Guns 'n' Rosess- Knockin' on Heaven's Door. Nogi porwały mnie do tańca same z siebie przysięgam. Piosenka się zmieniła a ja tańczyłam dalej po chwili ktoś złapał mnie w biodrach i przycisnął się do mnie, nie powiem miłe to było. Ktosiek ruszał się ze mną
- No naleśniczku nie wiedziałem że tak fajnie się ruszasz.- i czar prysł już wiedziałam kto to jest- Johnny, odwróciłam się natychmiast i odepchnęłam go od siebie, ale on dalej trzymał mnie za biodra - Co się tak wyrywasz, co? Tańcz, spokojnie nic ci nie zrobię- a z obcasa to już on kiedyś dostał? No ludzie
- No bambusku grabisz sobie dalej, ale ruszasz nieźle- zrobiłam obrót do przodu wyrywając się z jego łap i wyszłam na zewnątrz. Rozejrzałam się dookoła- Jordan, stał pod latarnią przy bocznym wejściu
- No nareszcie księżniczko ileż można czekać?- sięgnął do kieszeni i rzucił mi portmonetkę
- Nareszcie, będę mogła odetchnąć. Dziękuję Ci.- ucałowałam go w polik i wyjęłam zawartość portmonetki, wyspałam troszkę na zewnętrzną stronę dłoni i wciągnęłam. Ulga ogarnęła moje ciało, tęskniłam za tym
- Tak beze mnie?!- głos Johnnego dobiegł od strony bramy
- Dawaj Jo coś się dla Ciebie znajdzie - Jordan poczęstował go jointem
- Acha, młoda wiesz co musisz za to zrobić c'nie? - przypomniał
- Wiem, wiem jaki adres?- wysłał mi adres SMS'em. Co tu dużo gadać jestem delikatnie mówiąc dziwką, straciłam dziewictwo w wieku trzynastu lat (tak to jest jak chodzi się na imprezy ze znajomymi, chłopakiem i Jordanem) ale co by nie było zrobiłam to z kimś kogo kochałam. Bycie dziwką w moim przypadku raczej nikogo nie dziwi.Moje współlokatorki nawet nie wiedzą że ja pale a co dopiero że się puszczam, ale jak się dowiedzą to się nie zdziwią. Hm...Bycie suką ma swoje zalety.
Wróciliśmy do lokalu, ja na parkiet a chłopaki do baru. Teraz mogłam się bawić przez całą noc, przynajmniej jak był nie zacznie się sypać z moich dłoni. O kolejna ciekawostka: Potrafię "czarować" tak jakby, zależy jakie gesty wykonam mama mówiła że każdy członek naszej rodziny tak ma więc luzik. Mark puścił wolną muzykę i musiałam się zmywać z parkietu, gdy nagle ktoś złapał mnie za rękę
- Zrób dzień dobroci i zatańcz ze mną Anielico- całe szczęście to tylko Chris
- Okej, tylko proszę nie nazywaj mnie tak. To w ogóle do mnie nie pasuje- zaśmiał się a potem już byliśmy wtuleni w siebie na parkiecie. Ma farta że lubię tą piosenkę.
- Mam nadzieje że dzisiaj nie zrobisz pokazu?
- Spokojnie, dzisiaj będę się kontrolować.
- Lepiej dla ciebie. Tu jest parę fajnych lasek a ja nie chce żeby o mnie zapomniały.- to prawda chłopaki nauczyli mnie używania magii do wymazywania pamięci ludziom z ostatniego dnia.
- Nikt o tobie nie zapomni i tak zaraz wychodzę. Mam klienta- już chciał coś powiedzieć kiedy Jo podszedł i mu mnie zabrał
- Co ty odwalasz?- zapytałam
- Tańczę z tobą nie widać?- trzymajcie mnie ludzie
- Wolnego? Nie zagalopowałeś się czasami?- uśmiechnął się, całe szczęście poczułam wibracje w staniku (telefon) co oznaczało że muszę się zbierać.
Jordan czekał już w swoim starym Subaru. Usiadłam na tylnym siedzeniu i zaczęłam się przebierać. Białą sukienkę zmieniłam na spódniczkę ledwo zasłaniającą tyłek i czarny stanik sportowy, włosy spięłam w koński ogon i ubrałam finałowe czarne kozaki na szpilach. Nim się obejrzałam byliśmy już pod starym motelem na przedmieściach. Jordan pomógł mi wysiąść z auta i zaprowadził do pokoju gdzie miałam czekać na naiwnego ważniaka zdradzającego żonę. Zostałam sama, tylko ja i stare skrzypiące łóżko. Czekałam i czekałam aż tu nagle rozległo się pukanie do drzwi. Krzyknęłam najseksowniej jak umiałam ''Proszę'' i klient wszedł do środka.
Nie widziałam jego twarzy, jedyne co zdążyłam zauważyć to to że był nagi, tak odrazu, co było dziwne. Całe szczęście że miał gumkę bo inaczej utłukłabym gnoja.
Zmienialiśmy pozycje gdy szyba pękła. Do środka wpadł wilk (przynajmniej jego większa wersja) w psyku miał kawałek zasłony, ale na jego grzbiecie coś było, jakaś postać która parowała jakby pyłem. Postać trzymała w ręku włócznie a drugą przytrzymywała się wilka. Mój partner odwrócił się i zszedł ze mnie, ale miał pecha wilk zaatakował go. Jednym kłapnięciem podniósł go i podrzucił do góry, wtedy parująca postać nabiła mojego klienta na włócznie. Pisnęłam z przerażenia, jeździec i wilk zauważyli mnie. Zerwałam się z łóżka chwytając przy okazji szlafrok i ruszyłam biegiem do drzwi. Szarpałam za klamkę ile sił i nic, ani drgnęły. Postać zsiadła ze swego rumaka i zaczęła kroczyć w moją stronę. Wiedziałam że to już koniec, kiedy rozległo się wycie wilka czas stanął w miejscu. Cisza piszczała w uszach a drzwi się otworzyły, chciałam już wyjść wtedy zjawa wzięła zamach i jednocześnie rozprysnęła się na milion kawałków. Ktoś to zabił. Czas wrócił do normy wilk rzucił się na zabójcę zjawy
- Uciekaj!- usłyszałam i tak zrobiłam.
Parking motelu był pusty. Nie wiedziałam co robić, uciekać czy dzwonić na policję. Padłam na kolana i pozwoliłam by strach wziął górę. Trzęsłam się a pot mnie oblewał, chciałam uciekać ale nie mogłam sie ruszać. Byłam w samym szlafroku, nie opodal rozległ się odgłos stóp bijących o asfalt
- Nic ci nie jest!?- krzyknął biegnący, odwróciłam się i nie wierzyłam w to co zobaczyłam - Johnny. Skąd on się tu do cholery wziął? I dlaczego jego ubrania były we krwi? Co tu się do cholery dzieje?! Chłopak jednym płynnym ruchem postawił mnie na nogi i przytrzymał za ramiona
- Nic ci nie jest?- patrzył mi prosto w oczy a po jego twarzy spływał pot
- N...n...nie - świetnie nawet nie mogłam zbytnio mówić
- Chodź ze mną- już chciałam coś powiedzieć, ale wiedziałam że to na nic. Jego auto stało nie daleko. Jo wziął mnie na ręce gdyż w połowie drogi straciłam całkowicie czucie w nogach. Dotarliśmy do cadillaca, ha widzicie nawet na pół trzeźwo auta rozróżniam. Posadzono mnie na siedzeniu pasażera a mój wybawca zajął miejsce za kierownicą. Odjechaliśmy. Z prędkością światła znaleźliśmy się na ekspresówce prowadzącej do stacji. Po drugim zakręcie odzyskałam jasność myślenia i Jo zaczął tyradę
- Nie dość że ćpa to się jeszcze puszcza, rodzice nie będą zadowoleni- do niego chyba wiadomość o śmierci nie dotarła
- Jakoś trzeba żyć. Skąd się wziąłeś w motelu?- uśmiechnął się
- Można powiedzieć że wpadłem na twój trop- dzisiaj chyba mnie już nic nie zdziwi
-Kim/ Czym było te parująco-świecące coś?- po chwili ciszy powiedział
- Upadły. Czyli mieszanka morskiego potwora ze zjawą, dlatego jego powłoka świeciła.
- A to na czym siedział to wilk tak?
- Wilkołak. Najwyraźniejo został pentany.
- Że co? Jak to opentany?
-Czarne ślepia i krew z pyska: główne oznaki.
- Czarne ślepia... Chwila. Kevin takie miał ale krwi nie było.
- Kevin został opentany w dzieciństwie.
- Acha, zawieź mnie spowrotem na imprezę. Muszę pogadać z Jordanem może da się coś zrobić...- w tej chwili gwałtownie zachamował i spojrzał na mnie z pogardą
- Nie możesz wrócić na imprezę zawiozę Cię prosto na campus i tam droga księżniczko pójdziesz grzecznie spać.- na początku myślałam że żartuje, ale za chwilę zrozumiałam że to jest poważne
- Chyba se jaja robisz? Myślisz że zasnę kiedy duchowate coś chciało mnie zabić?!- spojrzał na mnie i ruszył przed siebie
- Ich radary działają tylko kiedy człowiek jest przytomny lub kiedy nie śpi. Jeśli zaśniesz będziesz miała spokój do rana. Pozostaje pytanie dlaczego szukają właśnie ciebie - wspomnienie wróciło, słowa Kevina
- Kevin mnie zaczepił i zaczął coś gadać ''Królowo już niedługo" - uniósł brwi i wziął mnie za rękę
- Odsłoń ramię.- popatrzyłam się na niego jak na debila, ale dzisiaj dzień dobroci więc zrobiłam co kazał. Domyśliłam się o co mu chodzi -znamię, odsłoniłam prawe ramię na którym było. Oczy Johnnego rozszerzyły się i dodał gaz do dechy
- Schowaj to i nie pokazuj nikomu nawet przyjaciołom- o co mu chodzi? To zwykłe znamię wiem że inne niż wszystkie, ale znamię
- Po cholerę mam go chować? I dla twojej informacji nie zamierzam spać. Jadę do braci i zgłoszę to co się stało. W końcu zginął człowiek- puścił kierownicę i szperał po kieszeniach, po sekundzie wyjął strzykawkę i wycelował ją we mnie. Szarpałam się ale on był silniejszy, poczułam ukłucie w karku i świat zawirował ostatnie co pamiętam to słowa Jo
- To dla twojego dobra anielico- i nastała ciemność.
***
Śniło mi się że jestem z rodzicami w Barcelonie. Szliśmy wzdłuż La Ramblas śmiejąc się i jedząc lody, cała ulica była zalana ludźmi i słońcem. Podeszłyśmy pod pomnik Krzysztofa Kolumba, mama klękła przede mną i rzekła - Pamiętasz zasadę, tak? To co zobaczysz jest świętą tajemnicą- pokiwałam głową i złapałam ją za rękę a ona tatę i przeszliśmy przez punkty czakramów. Pomnik zaczął się otwierać, lwy ożyły a anioły śpiewały. Tunel w pomniku mienił się. Światło zbliżało się do mnie i nagle nastała ciemność, spałam dalej.
piątek, 4 lipca 2014
czwartek, 3 lipca 2014
Rozdział 4
Pozostałą część nocy przespałam, zero koszmarów, zero psychopatów i zero przemian. Gdy otworzyłam oczy na krawędzi łóżka leżała Dakota, wyglądała jakby to ona przeżywała koszmar nie ja.
Byłam cała mokra od potu, włosy przykleiły mi się do twarzy a w ustach czułam posmak rozkładającego się jedzenia. Wstałam z łóżka najcichszej jak mogłam i ruszyłam do łazienki. Odwróciłam się zobaczyć czy Dakota nie obudziła się czasami przez moje słoniowe kroki, ale księżniczka rozłożyła się na całej powierzchni łóżka i spała dalej. Zamknęłam się w łazience na cztery spusty i zrzuciłam z siebie mokrą od potu piżamę. Spojrzałam w lustro, mój nie zmyty makijaż rozlał się po twarzy, włosy po przyklejane do polików a oczy spuchnięte chyba od łez chociaż nie pamiętam że kiedy kolwiek płakałam. Weszałam pod prysznic i pozwoliłam strumieniowi wody oblać mnie całą, dobra nie będę wam opowiadać jak przebiegała moja kąpiel bo po chuk wam to. Moje ciuchy na dzisiejszy dzień wisiały na grzejniku obok klozetu. Moim standardowym ubraniem była bluzka z w miarę dużym dekoltem i spodnie, ale akurat dzisiaj miało być ok. 30° więc założyłam czarne krótkie spodenki, jasnoszary T-Shirt z nadrukiem, wisiorek i do tego moje czarne creepersy, włosy spięte w wysoką kitkę, grzywka na bok a oczy pomalowane grubo czarną kredką i wyszłam z łazienki.
Po zabraniu najbardziej niezbędnego ekwipunku wyszłam z terenu campusu i ruszyłam przed siebie na desce. Muzykę w słuchawkach podkręciłam do maksimum i o niczym już nie myślałam (oprócz uważania na ludzi na drodze, ale to ujdzie w tłumie) Kocham ten wiatr we włosach i tą pustkę w głowie. Jechałam przed siebie bez celu przez jakąś godzinę, aż wjechałam do małego miasteczka w którym był bar mojego kolegi z gimnazjum, Jordana. W pewnym momencie mój telefon zaczął dzwonić, zwolniłam troszeczkę by uniknąć zdarzenia z lampą i nagle JEB! Standard przecież ja zawsze w kogoś wjadę po prostu. Człowiek w którego wjechałam upadł prosto na mnie z tego co zdążyłam zauważyć przed zgnieceniem to, że był mężczyzną. Moja dupa i torba za amortyzowały upadek, ale głowy nic nie ochroniło. Siła z jaką upadłam szybko dała o sobie znać, ból głowy był masakryczny, przed oczami zobaczyłam chwilową ciemność. Mężczyzna na którego wpadłam szybko się podniósł i zaczął coś do mnie mówić, ale słyszałam tylko bełkot.
Nie wiem dokładnie ile czasu byłam nieprzytomna, ale wiem jedno: Zainwestuje w kask. Ocknęłam się na tyłach baru Jordana nie wiem jak się tam w ogóle znalazłam, ale lepsze to niż jakaś ślepa uliczka. Podniosłam się powoli i rozejrzałam się po zapleczu, obrazy przed moimi oczami z każdą sekundą stawały się wyraźniejsze. Drzwi się otworzyły i do środka z bananem na twarzy wszedł Jordan z jakimś typem, po patrzyli na mnie szepneli coś sobie na ucho i usiedli na przeciwko mnie. Po chwili ciszy pierwszy odezwał się Jordan
- Jak się spało księżniczko? Masz farta że zaliczyłaś glebę tuż pod moim barem, wiesz?- uśmiechał się cały czas, w oczekiwaniu że coś skumam
- No lekka to ty nie jesteś, i trudno było mi Cię wewlec po schodach.- Odezwał się chłopak siedzący obok niego
- Ważę tyle na ile wyglądam, więc siedź cicho, a ty drogi Jordanie przedstaw nas sobie, bo nie wiem jak się ten bambus zwie- mówiąc to miałam stu procentową pewność, że jestem tą samą pyskatą Blue - Wybacz mi ten błąd królewno. To jest Johnny Smith inaczej Jo- siedzący obok chłopak podał mi dłoń, a ja tylko kiwnełam głową
- No dobra dzieciaczki ja idę zarabiać hajs, a wy tu grzecznie czekacie aż królewna wróci do żywych- jak powiedział tak zrobił. Zostałam sam na sam z Johnnym, zaczełam mu się przyglądać, wiedziałam że kojarze te twarz. Był afro amerykaninem z brązowymi oczami i karmelową cerą. Przyglądałam sie mu, gdy nagle
- Nie jesteś zbyt młoda na branie prochów?- to pytanie wyrwało mnie ze skupienia z jakim mu sie przyglądałam
- Niech zgadne, wszystko mi się wysypało z torby i już zadzwoniłeś po policje?- jeśli to zrobił to zabije gnoja
- Prochy wysypały ci się na chodnik i nie, nie dzwoniłem nigdzie- odetchnęłam z ulgą, ale kuźwa straciłam wszystko co miałam do końca roku.
- Jordan wie że bierzesz?
- Sam mnie tego nauczył więc raczej wie.
- To mówiłaś gdzie mam dzwonić?- uśmiechnoł się i wyciągnoł telefon
- Odłóż ten telefon, albo to że ćpam będzie twoim najmniejszym zmartwieniem- tak, tak teraz miałam pewność że to dalej ta sama ja. Jo włożył telefon do kieszeni i zaczoł czegoś szukać w swoim plecaku - Trzymaj. To w końcu ja Cię nie zauważyłem- wymawiając te jakże piękne przeprosiny, rzucił na stół torebeczke z białym proszkiem w środku.
- Skąd mam wiedzieć że to na pewno koks? Może to zmielone pigułki gwałtu.- zaczoł sie śmiać, i wysypał zawartosc torebeczki na stół, wyrównał i zaczoł wciągać
- I co? Nic sie nie dzieje. Uwierz mi gdybym chciał ci coś zrobić nie wlekłbym Cię aż tutaj.- po tych słowach wstał z uśmiechem na twarzy i wystawił do mnie rękę by pomoc mi wstać. Udając obojętność wstałam sama, podeszłam do drzwi i wyszłam z zaplecza.
Nie zostałam za długo, zamówiłam to co zwykle: jajecznica i do tego naleśniki z czekoladą i sok bananowy, tak wiem lubie się obżerać ale to nie moja wina że Jordan robi takie zajebiste śniadania. John usiadł na przeciwko mnie i patrzył jak wszystko pochłaniam. Jego uśmiech wskazywał na wyraźne zdziwienie ilością żarcia jaką jadam. W końcu przemówił
- Ile ważysz? - załamka
- Tyle na ile wyglądam - uuuu znam te pokerową minę
- Mi możesz powiedzieć. Bo muszę wiedzieć czy czasami nie zadzwonić po dźwig jak się wywalisz - kuźwa grabisz sobie czarnuchu
- Kobiet sie nie pyta o wagę. Ale u was w plemieniu chyba tego nie uczyli, co?- zaśmiał się i jego śmiech odbił sie echem w moich uszach. On nie miał się śmiać, on miał się zgasić! O już wiem gaśnicą go walne i wtedy zobaczymy dla kogo będzie dźwig.
- To mówiłas że od kiedy bierzesz?- Ha, zmiana tematu wiedziałam że go zatkało
- Od jakiś dwóch lat. Tak samo jak połowa ludu z mojej szkoły .
- Po co to robisz?
- Normalne dzieci palą, rozpuszczone bachory piją a bogate ważniaki ćpają. Ja jestem wszystkim po trochu.
- Skąd to wziełaś?
- Wena twórcza.
- Myślałem że jesteś jedną z tych co biorą wszystko z internetu.
- Nie, nie jestem i przestań tak myśleć bo nie ręcze za siebie.
- Ok. Tylko bez tej agresji.
Wyłożyłam kasę na stół, zabrałam rzeczy i wyszłam z lokalu. Nikt mnie nie zatrzymywał, jechałam po prostu przed siebie.
Gdy wróciłam na kampus ku moim oczom ukazał się radiowóz. Zainteresował mnie fakt że stał pusty. Odrazu ruszyłam biegiem do lochu. Wparowałam do pokoju jakby od tego zależało moje życie, widok zwalił mnie z nóg. Policja przeszukiwala moje rzeczy. Jeden z nich podszedł do mnie i pokazał mi miejsce na łóżku, zrobiłam jak kazał. Kasandra wzięła mnie za rękę, czyli to coś poważnego. Otworzywszy notesik policjant zaczął wywiad:
- Nazywasz sie Bluegijillaja Knowles i masz 15 lat?
- Tak i proszę mówić Blue i niedługo będę miała 16.
- Dobrze, a więc Blue proszę powiedz mi kiedy ostatni raz mialaś kontakt z rodzicami?
- Tydzień temu i proszę mówić prosto z mostu.
Mina funkcjonariusza mówiła sama za siebie, bał się powiedzieć prawdę. Podrapał się za uchem, wziął głęboki oddech i przemówił
- Twoi rodzice nie żyją. Zostali zamordowani dziś w nocy.- zakręciło mi się w głowie a serce przyśpieszyło
- To nie możliwe... To kurwa nie możliwe! - krzyknełam
- Bez takich słów droga panno- odezwał się dyrektor. Wstałam z łóżka mając w głowie słowa policjanta ,, Twoi rodzice zostali zamordowani...'' Jak to zamordowani? Nie mieli wrogów, wszyscy ich lubili, jak to mogło się stać. Dyrektor złapał mnie za ramię i posadził na kolanach Kasandry, funkcjonariusz zaczął swoje wyryte na pamięć słowa pocieszenia
- Bardzo nam przykro, ale będzie dobrze. Musimy Cię zabrać na komisariat i spisać zeznania, każde informacje mogą pomóc w znalezieniu morderców.- mówił to tak spokojnie że aż się rzygać chciało
-Dobrze pojadę z wami. Ale za jedziemy na stacje nie opodal po kawe- policjant uśmiechnoł się a jego kolega pokazał mi drzwi.
Dziedziniec był zapełniony przez gapiów z pozostałych lochów, jaby nie mieli czego innego do roboty. Wsiadłam do radiowozu marki Opel insygnia (jaki fejm) i ruszyliśmy w stronę stacji. Droga się dłużyła a ja cały czas myslałam nad słowami funkcjonariusza.
W końcu dojechalismy na miejsce. Wybiegłam z samochodu w stronę warsztatu ,,Oby chłopaki jeszcze byli w środku'' powtarzałam sobie cały czas. Warsztat niczym sie nie wyróżniał po za tym że śmierdziało w nim pizzą a nie benzyną. Moim oczom ukazał się czarny cadillac na podnośniku a pod nim Jack z latarką w dłoni,
- Cześć czarownico, co Cię sprowadza?- wytarł dłonie w bandanę zwisającą z paska jeansowego kombinezonu
- Hej, przyszłam po El - co by nie było El to mój krwistoczerwony ścigacz
- Mark pojechał ją sprawdzić zaraz powinien być... O wilku mowa. - Marka wjechał na podjazd stacji, zdjął kask uśmiechnął się i krzyknął
Witaj wiedźmo, przyszłaś po to cudo? - poklepał El po kierownicy i rzucił mi kluczyki
- Dzięki, dobra chłopaki widzimy się wieczorem ja lece. Paaa... - przytuliłam ich na pożegnanie i podeszłam do policjanta
- Pojade motorem jeśli wam to nie przeszkadza - nie odpowiedział nic tylko wzruszył ramionami i wsiadł do wozu. Była przede mną godzina jazdy. Ubrałam się i ruszyłam z piskiem opon. Jechałam drogą pod lasem i zatrzymałam się na chwilę. Zaparkowałam ścigacz na poboczu i poszłam w las. Zapach rosy unosił się dookoła, słońce muskało moją twarz a drzewa szumiały uspokajająco. Usiadłam po wielkim dębem blisko szosy układając w głowie co powiedzieć na komisariacie.
Nie mam zielonego pojęcia ile tam siedziałam, ale w stronę posterunku dałam El na najwyższe obroty. W głowie miałam jedno: Znajde tego kto to zrobił. Nieważne ile mi to zajmie.
Byłam cała mokra od potu, włosy przykleiły mi się do twarzy a w ustach czułam posmak rozkładającego się jedzenia. Wstałam z łóżka najcichszej jak mogłam i ruszyłam do łazienki. Odwróciłam się zobaczyć czy Dakota nie obudziła się czasami przez moje słoniowe kroki, ale księżniczka rozłożyła się na całej powierzchni łóżka i spała dalej. Zamknęłam się w łazience na cztery spusty i zrzuciłam z siebie mokrą od potu piżamę. Spojrzałam w lustro, mój nie zmyty makijaż rozlał się po twarzy, włosy po przyklejane do polików a oczy spuchnięte chyba od łez chociaż nie pamiętam że kiedy kolwiek płakałam. Weszałam pod prysznic i pozwoliłam strumieniowi wody oblać mnie całą, dobra nie będę wam opowiadać jak przebiegała moja kąpiel bo po chuk wam to. Moje ciuchy na dzisiejszy dzień wisiały na grzejniku obok klozetu. Moim standardowym ubraniem była bluzka z w miarę dużym dekoltem i spodnie, ale akurat dzisiaj miało być ok. 30° więc założyłam czarne krótkie spodenki, jasnoszary T-Shirt z nadrukiem, wisiorek i do tego moje czarne creepersy, włosy spięte w wysoką kitkę, grzywka na bok a oczy pomalowane grubo czarną kredką i wyszłam z łazienki.
Po zabraniu najbardziej niezbędnego ekwipunku wyszłam z terenu campusu i ruszyłam przed siebie na desce. Muzykę w słuchawkach podkręciłam do maksimum i o niczym już nie myślałam (oprócz uważania na ludzi na drodze, ale to ujdzie w tłumie) Kocham ten wiatr we włosach i tą pustkę w głowie. Jechałam przed siebie bez celu przez jakąś godzinę, aż wjechałam do małego miasteczka w którym był bar mojego kolegi z gimnazjum, Jordana. W pewnym momencie mój telefon zaczął dzwonić, zwolniłam troszeczkę by uniknąć zdarzenia z lampą i nagle JEB! Standard przecież ja zawsze w kogoś wjadę po prostu. Człowiek w którego wjechałam upadł prosto na mnie z tego co zdążyłam zauważyć przed zgnieceniem to, że był mężczyzną. Moja dupa i torba za amortyzowały upadek, ale głowy nic nie ochroniło. Siła z jaką upadłam szybko dała o sobie znać, ból głowy był masakryczny, przed oczami zobaczyłam chwilową ciemność. Mężczyzna na którego wpadłam szybko się podniósł i zaczął coś do mnie mówić, ale słyszałam tylko bełkot.
Nie wiem dokładnie ile czasu byłam nieprzytomna, ale wiem jedno: Zainwestuje w kask. Ocknęłam się na tyłach baru Jordana nie wiem jak się tam w ogóle znalazłam, ale lepsze to niż jakaś ślepa uliczka. Podniosłam się powoli i rozejrzałam się po zapleczu, obrazy przed moimi oczami z każdą sekundą stawały się wyraźniejsze. Drzwi się otworzyły i do środka z bananem na twarzy wszedł Jordan z jakimś typem, po patrzyli na mnie szepneli coś sobie na ucho i usiedli na przeciwko mnie. Po chwili ciszy pierwszy odezwał się Jordan
- Jak się spało księżniczko? Masz farta że zaliczyłaś glebę tuż pod moim barem, wiesz?- uśmiechał się cały czas, w oczekiwaniu że coś skumam
- No lekka to ty nie jesteś, i trudno było mi Cię wewlec po schodach.- Odezwał się chłopak siedzący obok niego
- Ważę tyle na ile wyglądam, więc siedź cicho, a ty drogi Jordanie przedstaw nas sobie, bo nie wiem jak się ten bambus zwie- mówiąc to miałam stu procentową pewność, że jestem tą samą pyskatą Blue - Wybacz mi ten błąd królewno. To jest Johnny Smith inaczej Jo- siedzący obok chłopak podał mi dłoń, a ja tylko kiwnełam głową
- No dobra dzieciaczki ja idę zarabiać hajs, a wy tu grzecznie czekacie aż królewna wróci do żywych- jak powiedział tak zrobił. Zostałam sam na sam z Johnnym, zaczełam mu się przyglądać, wiedziałam że kojarze te twarz. Był afro amerykaninem z brązowymi oczami i karmelową cerą. Przyglądałam sie mu, gdy nagle
- Nie jesteś zbyt młoda na branie prochów?- to pytanie wyrwało mnie ze skupienia z jakim mu sie przyglądałam
- Niech zgadne, wszystko mi się wysypało z torby i już zadzwoniłeś po policje?- jeśli to zrobił to zabije gnoja
- Prochy wysypały ci się na chodnik i nie, nie dzwoniłem nigdzie- odetchnęłam z ulgą, ale kuźwa straciłam wszystko co miałam do końca roku.
- Jordan wie że bierzesz?
- Sam mnie tego nauczył więc raczej wie.
- To mówiłaś gdzie mam dzwonić?- uśmiechnoł się i wyciągnoł telefon
- Odłóż ten telefon, albo to że ćpam będzie twoim najmniejszym zmartwieniem- tak, tak teraz miałam pewność że to dalej ta sama ja. Jo włożył telefon do kieszeni i zaczoł czegoś szukać w swoim plecaku - Trzymaj. To w końcu ja Cię nie zauważyłem- wymawiając te jakże piękne przeprosiny, rzucił na stół torebeczke z białym proszkiem w środku.
- Skąd mam wiedzieć że to na pewno koks? Może to zmielone pigułki gwałtu.- zaczoł sie śmiać, i wysypał zawartosc torebeczki na stół, wyrównał i zaczoł wciągać
- I co? Nic sie nie dzieje. Uwierz mi gdybym chciał ci coś zrobić nie wlekłbym Cię aż tutaj.- po tych słowach wstał z uśmiechem na twarzy i wystawił do mnie rękę by pomoc mi wstać. Udając obojętność wstałam sama, podeszłam do drzwi i wyszłam z zaplecza.
Nie zostałam za długo, zamówiłam to co zwykle: jajecznica i do tego naleśniki z czekoladą i sok bananowy, tak wiem lubie się obżerać ale to nie moja wina że Jordan robi takie zajebiste śniadania. John usiadł na przeciwko mnie i patrzył jak wszystko pochłaniam. Jego uśmiech wskazywał na wyraźne zdziwienie ilością żarcia jaką jadam. W końcu przemówił
- Ile ważysz? - załamka
- Tyle na ile wyglądam - uuuu znam te pokerową minę
- Mi możesz powiedzieć. Bo muszę wiedzieć czy czasami nie zadzwonić po dźwig jak się wywalisz - kuźwa grabisz sobie czarnuchu
- Kobiet sie nie pyta o wagę. Ale u was w plemieniu chyba tego nie uczyli, co?- zaśmiał się i jego śmiech odbił sie echem w moich uszach. On nie miał się śmiać, on miał się zgasić! O już wiem gaśnicą go walne i wtedy zobaczymy dla kogo będzie dźwig.
- To mówiłas że od kiedy bierzesz?- Ha, zmiana tematu wiedziałam że go zatkało
- Od jakiś dwóch lat. Tak samo jak połowa ludu z mojej szkoły .
- Po co to robisz?
- Normalne dzieci palą, rozpuszczone bachory piją a bogate ważniaki ćpają. Ja jestem wszystkim po trochu.
- Skąd to wziełaś?
- Wena twórcza.
- Myślałem że jesteś jedną z tych co biorą wszystko z internetu.
- Nie, nie jestem i przestań tak myśleć bo nie ręcze za siebie.
- Ok. Tylko bez tej agresji.
Wyłożyłam kasę na stół, zabrałam rzeczy i wyszłam z lokalu. Nikt mnie nie zatrzymywał, jechałam po prostu przed siebie.
Gdy wróciłam na kampus ku moim oczom ukazał się radiowóz. Zainteresował mnie fakt że stał pusty. Odrazu ruszyłam biegiem do lochu. Wparowałam do pokoju jakby od tego zależało moje życie, widok zwalił mnie z nóg. Policja przeszukiwala moje rzeczy. Jeden z nich podszedł do mnie i pokazał mi miejsce na łóżku, zrobiłam jak kazał. Kasandra wzięła mnie za rękę, czyli to coś poważnego. Otworzywszy notesik policjant zaczął wywiad:
- Nazywasz sie Bluegijillaja Knowles i masz 15 lat?
- Tak i proszę mówić Blue i niedługo będę miała 16.
- Dobrze, a więc Blue proszę powiedz mi kiedy ostatni raz mialaś kontakt z rodzicami?
- Tydzień temu i proszę mówić prosto z mostu.
Mina funkcjonariusza mówiła sama za siebie, bał się powiedzieć prawdę. Podrapał się za uchem, wziął głęboki oddech i przemówił
- Twoi rodzice nie żyją. Zostali zamordowani dziś w nocy.- zakręciło mi się w głowie a serce przyśpieszyło
- To nie możliwe... To kurwa nie możliwe! - krzyknełam
- Bez takich słów droga panno- odezwał się dyrektor. Wstałam z łóżka mając w głowie słowa policjanta ,, Twoi rodzice zostali zamordowani...'' Jak to zamordowani? Nie mieli wrogów, wszyscy ich lubili, jak to mogło się stać. Dyrektor złapał mnie za ramię i posadził na kolanach Kasandry, funkcjonariusz zaczął swoje wyryte na pamięć słowa pocieszenia
- Bardzo nam przykro, ale będzie dobrze. Musimy Cię zabrać na komisariat i spisać zeznania, każde informacje mogą pomóc w znalezieniu morderców.- mówił to tak spokojnie że aż się rzygać chciało
-Dobrze pojadę z wami. Ale za jedziemy na stacje nie opodal po kawe- policjant uśmiechnoł się a jego kolega pokazał mi drzwi.
Dziedziniec był zapełniony przez gapiów z pozostałych lochów, jaby nie mieli czego innego do roboty. Wsiadłam do radiowozu marki Opel insygnia (jaki fejm) i ruszyliśmy w stronę stacji. Droga się dłużyła a ja cały czas myslałam nad słowami funkcjonariusza.
W końcu dojechalismy na miejsce. Wybiegłam z samochodu w stronę warsztatu ,,Oby chłopaki jeszcze byli w środku'' powtarzałam sobie cały czas. Warsztat niczym sie nie wyróżniał po za tym że śmierdziało w nim pizzą a nie benzyną. Moim oczom ukazał się czarny cadillac na podnośniku a pod nim Jack z latarką w dłoni,
- Cześć czarownico, co Cię sprowadza?- wytarł dłonie w bandanę zwisającą z paska jeansowego kombinezonu
- Hej, przyszłam po El - co by nie było El to mój krwistoczerwony ścigacz
- Mark pojechał ją sprawdzić zaraz powinien być... O wilku mowa. - Marka wjechał na podjazd stacji, zdjął kask uśmiechnął się i krzyknął
Witaj wiedźmo, przyszłaś po to cudo? - poklepał El po kierownicy i rzucił mi kluczyki
- Dzięki, dobra chłopaki widzimy się wieczorem ja lece. Paaa... - przytuliłam ich na pożegnanie i podeszłam do policjanta
- Pojade motorem jeśli wam to nie przeszkadza - nie odpowiedział nic tylko wzruszył ramionami i wsiadł do wozu. Była przede mną godzina jazdy. Ubrałam się i ruszyłam z piskiem opon. Jechałam drogą pod lasem i zatrzymałam się na chwilę. Zaparkowałam ścigacz na poboczu i poszłam w las. Zapach rosy unosił się dookoła, słońce muskało moją twarz a drzewa szumiały uspokajająco. Usiadłam po wielkim dębem blisko szosy układając w głowie co powiedzieć na komisariacie.
Nie mam zielonego pojęcia ile tam siedziałam, ale w stronę posterunku dałam El na najwyższe obroty. W głowie miałam jedno: Znajde tego kto to zrobił. Nieważne ile mi to zajmie.
piątek, 16 maja 2014
Rozdział 3
Tej nocy śnił mi się koszmar wierciłam się po całym łóżku i pociłam jak pedofil w sklepie z zabawkami.
Byłam w szpitalu psychiatrycznym. W malutkim pokoiku z ścianami wyłożonmi gąbczastym czymś i jednym oknem w którym były kraty i szyba o grubości mojej ręki. Drzwi nie posiadały klamki i były z metalu. Byłam obrana w kaftan bezpieczeństwa a włosy miałam rozczochrane. Łóżko znajdowało się pod ścianą to był jedyny mebel jaki tam był.
Drzwi otworzyły się i do mojej klitki weszli lekarze z maskami na ustach.
-Co się tu do cholery dzieje?!- wykrzyczałam w ogóle tego nie kontrolując
- Spokojnie chcemy ci tylko pomóc się z tego wyleczyć- poruszał rękoma jakby uspokajał dzikie zwierzę, w jego prawej ręce dojrzałam strzykawkę pozostała dwójka lekarzy nie miała nic w rękach. Podchodzili do mnie powoli jak do jakiegoś dzikusa. Szłam tyłem powoli w stronę ściany, gdy nagle poczułam kujący ból brzucha potem mdłości aż poczułam jak przebiega po mnie kujący dreszcz jakbym ktoś rzucił mnie w morze igieł. Wiedziałam, że moje ciało długo tego nie przeżyje szykowałam się na najgorsze. W końcu wydusiłam z siebie
- Co wy mi zrobiliście do jasnej cholery!?- znów nie kontrolowanie wykrzyczałam słowa. Boże co się ze mną dzieje, kręciło mi się w głowie ledwo co łapałam oddech, nagle kaftan bezpieczeństwa zniknął lecz dalej byłam w klitce z lekarzami. Padłam na kolana. Ból stał sie nie do wytrzymania, skuliłam się na ziemi a z oczu leciały mi łzy nie mogłam krzyczeć i mówić cokolwiek. Przez swoje łzy widziałam jak trójca lekarska cofa się do drzwi, a strzykawka pada na podłogę. Z bólem wysunełam swoją rękę przed siebe. Całą jej długość pokrywały pulsujące żyły i ku mojejmu przerażeniu sierść, moje dłonie pokryte były poduszkami jak u psa, paznokcie zmieniły się z pazury. Twarz zaczeła mnie piec jakby ktoś włożył mi ją w ognisko czułam jak wydłuża mi się szczęka czoło cofa, a oczy kurczą i nos staje się mokry oraz zmienia kształt. Moje ciało się przemieniło. Byłam... Byłam... Wilkołakiem nie wiem jak to się stało. Po chwili sceneria się zmieniła. Wróciłam do swojej normalnej postaci. Znajdowałam się teraz w szklanym podle. Przede mną był fotel a na nim kobieta z workiem na głowie, którą okrążał krzepki mężczyzna w fartuchu i goglami na twarzy. Jednym ruchem ręki ten mięśniak zdjął kobiecie worek z głowy. Moje serce stanęło na moment, tą kobietą była Kasandra. Była przywiązana pasami do fotela. Próbowała krzyczeć lecz miała zaklejone usta, w jej oczach dojrzałam strach i pogodzenie się z pewną śmiercią. Mężczyzna wyjął skalpel i zaczął pytać ją o coś, niestety przez szybę nic nie było słychać widziałam tylko jak ona kiwa głową z przerażeniem na boki. Zdenerwowany przejechał skalpelem po jej brzuchu. Kolejne pytanie, kiwanie głową, zmiana narzędzia i rana. Nie mogłam na to patrzeć krzyczłam, waliłam pięściami w szybę i nic. Wiedziałam że jeśli Kasandra znów pokiwa głową na boki to zginie. Moje przypuszczenia się sprawdziły mięśniak wyjoł pistolet i przestrzelił Kasi głowę. Krzyczałam robiłam co mogłam miałam ochotę zabrać mu tego gnata i rozstrzelać. Poczułam na swojej twarzy ciepłą ciecz. Otarłam ją. To była krew, po chwili na całym ciele czułam jej ciepło. Morderca Kasandry strzelił w moją stronę, szyba pękła, a sceneria zmieniła. Znalazłam się na dziedzińcu uniwersytetu przede mną stały radio wozy przed którymi byli uzbrojeni policjanci. Jeden z nich wymierzył do mnie i zaczoł wołać
- Blue! Blue! Blue...
Obudziłam się. Koszmar wreszcie się skończył. Byłam cała mokra od potu. Nad moją głową zobaczyłam zatroskaną twarz Dakoty a tuż za nią stała Kasandra ze szklanką wody w ręku. Wstałam najszybciej jak potrafiłam i ją wyściskałam. Obie współlokatorki zaczęły mnie wypytywać o wszystko. Dochodziła już trzecia nad ranem i znowu zasnęłam. Całe szczęście nie śniło mi się nic do rana.
Byłam w szpitalu psychiatrycznym. W malutkim pokoiku z ścianami wyłożonmi gąbczastym czymś i jednym oknem w którym były kraty i szyba o grubości mojej ręki. Drzwi nie posiadały klamki i były z metalu. Byłam obrana w kaftan bezpieczeństwa a włosy miałam rozczochrane. Łóżko znajdowało się pod ścianą to był jedyny mebel jaki tam był.
Drzwi otworzyły się i do mojej klitki weszli lekarze z maskami na ustach.
-Co się tu do cholery dzieje?!- wykrzyczałam w ogóle tego nie kontrolując
- Spokojnie chcemy ci tylko pomóc się z tego wyleczyć- poruszał rękoma jakby uspokajał dzikie zwierzę, w jego prawej ręce dojrzałam strzykawkę pozostała dwójka lekarzy nie miała nic w rękach. Podchodzili do mnie powoli jak do jakiegoś dzikusa. Szłam tyłem powoli w stronę ściany, gdy nagle poczułam kujący ból brzucha potem mdłości aż poczułam jak przebiega po mnie kujący dreszcz jakbym ktoś rzucił mnie w morze igieł. Wiedziałam, że moje ciało długo tego nie przeżyje szykowałam się na najgorsze. W końcu wydusiłam z siebie
- Co wy mi zrobiliście do jasnej cholery!?- znów nie kontrolowanie wykrzyczałam słowa. Boże co się ze mną dzieje, kręciło mi się w głowie ledwo co łapałam oddech, nagle kaftan bezpieczeństwa zniknął lecz dalej byłam w klitce z lekarzami. Padłam na kolana. Ból stał sie nie do wytrzymania, skuliłam się na ziemi a z oczu leciały mi łzy nie mogłam krzyczeć i mówić cokolwiek. Przez swoje łzy widziałam jak trójca lekarska cofa się do drzwi, a strzykawka pada na podłogę. Z bólem wysunełam swoją rękę przed siebe. Całą jej długość pokrywały pulsujące żyły i ku mojejmu przerażeniu sierść, moje dłonie pokryte były poduszkami jak u psa, paznokcie zmieniły się z pazury. Twarz zaczeła mnie piec jakby ktoś włożył mi ją w ognisko czułam jak wydłuża mi się szczęka czoło cofa, a oczy kurczą i nos staje się mokry oraz zmienia kształt. Moje ciało się przemieniło. Byłam... Byłam... Wilkołakiem nie wiem jak to się stało. Po chwili sceneria się zmieniła. Wróciłam do swojej normalnej postaci. Znajdowałam się teraz w szklanym podle. Przede mną był fotel a na nim kobieta z workiem na głowie, którą okrążał krzepki mężczyzna w fartuchu i goglami na twarzy. Jednym ruchem ręki ten mięśniak zdjął kobiecie worek z głowy. Moje serce stanęło na moment, tą kobietą była Kasandra. Była przywiązana pasami do fotela. Próbowała krzyczeć lecz miała zaklejone usta, w jej oczach dojrzałam strach i pogodzenie się z pewną śmiercią. Mężczyzna wyjął skalpel i zaczął pytać ją o coś, niestety przez szybę nic nie było słychać widziałam tylko jak ona kiwa głową z przerażeniem na boki. Zdenerwowany przejechał skalpelem po jej brzuchu. Kolejne pytanie, kiwanie głową, zmiana narzędzia i rana. Nie mogłam na to patrzeć krzyczłam, waliłam pięściami w szybę i nic. Wiedziałam że jeśli Kasandra znów pokiwa głową na boki to zginie. Moje przypuszczenia się sprawdziły mięśniak wyjoł pistolet i przestrzelił Kasi głowę. Krzyczałam robiłam co mogłam miałam ochotę zabrać mu tego gnata i rozstrzelać. Poczułam na swojej twarzy ciepłą ciecz. Otarłam ją. To była krew, po chwili na całym ciele czułam jej ciepło. Morderca Kasandry strzelił w moją stronę, szyba pękła, a sceneria zmieniła. Znalazłam się na dziedzińcu uniwersytetu przede mną stały radio wozy przed którymi byli uzbrojeni policjanci. Jeden z nich wymierzył do mnie i zaczoł wołać
- Blue! Blue! Blue...
Obudziłam się. Koszmar wreszcie się skończył. Byłam cała mokra od potu. Nad moją głową zobaczyłam zatroskaną twarz Dakoty a tuż za nią stała Kasandra ze szklanką wody w ręku. Wstałam najszybciej jak potrafiłam i ją wyściskałam. Obie współlokatorki zaczęły mnie wypytywać o wszystko. Dochodziła już trzecia nad ranem i znowu zasnęłam. Całe szczęście nie śniło mi się nic do rana.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Rozdział 2
Kiedy skończył się film pan Andrews poprosił abym została chwile na przerwie, bo chciał o czymś porozmawiać.
Za plecami słyszałam głosy innych dziewczyn coś typu ,, Uuu coś się kroi'' lub ,, Mhmmm... Sam na sam'' czasami nie ogarniam co im do głowy przychodzi, a nie dobra jednak ogarniam. Po za tym nie gustuje w facetach starszym o trzynaście lat, no ludzie!
- Tak panie Andrews? Coś nie tak?- powiedziałam po mimo tego że wiedziałam o czym chciał ze mną gadać
- Możesz mi jakoś wytłumaczyć to twoje dzisiejsze spóźnienie? Bo teraz jakoś częściej to robisz- spytał mnie, dobra myślałam że na mnie nawrzeszczy, ale to inna bajka
- Spóźniłam się ponieważ za późno wstałam i spóźniłam się na śniadanie i poszłam na stacje po jedzenie ale gromada facetów wykupywała pół baru aż w końcu dostałam się do kasy ale kazali czekać piętnaście minut na durną kawę wiec się wkurzyłam i pobiegłam na zajęcia do pana i...- opowiadałam jak na spowiedzi
- Dobra powiedzmy że rozumiem, ale dlaczego akurat przed końcem roku przecież wiesz, że ty musisz najwięcej pracować by sie tu utrzymać. - Mówiąc to patrzył na mnie ze smutkiem w oczach
- Ostatnio późno zasypiam i ogólnie nie mogę spać w nocy - wymawiając te słowa poczułam ucisk w żołądku
- Rozumiem, mówiłaś że ile masz lat?- jego pytanie zdziwiło mnie trochę
- Piętnaście, w czerwcu kończę szesnaście- przecież dobrze wiedział ile mam lat. Andrews był wypatrzony w posadzkę siedząc na swym biurku jedną ręką pogładził sie po lekkim zaroście, przelknol ślinę i powiedział
- Dobrze idź na zajęcia, bo znów się spóźnisz jak coś to powiedz że ja Cię przetrzymałem. Dowiedzenia- mówiąc ,,dowodzenia'' zsunoł się z biurka i podszedł do zalewu na końcu sali, ja zaś grzecznie udałam się do drzwi a następnie na lekcje pływania. Wielkim szczęściem jest to że szkoła ma własny basen. Byłam już przy swojej szafce kiedy podeszła do mnie Zofia i zapytała tym swoim lalusiowatym głosikiem
- I co chciał pan Andrews od ciebie? Hihi.- ten jej rehot mnie dobijał
- Pytał się tylko czemu się spóźniłam i nic więcej- spokojne dzieci nie uruchamiany skojarzeń. Odeszła ode mnie bez słowa tylko z twarzą wygięta w krzywym uśmiechu, co jak co ale kusiło mnie żeby ją teraz tyrać ale trener zaczął nas wołać. Założyłam szybko kostium jednoczęściowy i poszłam na hale.
Basen był ogromny, dach był przeszklony, a sam basen długi na jekieś trzydzieści metrów. Cała moja klasa ustawiła sie w szeregu, głównie to dziewczyny bo chłopaki mieli trening na odkrytym basenie. Byłam czwarta, przede mną stały Mija, Caroline i Dakota ( moja współlokatorka). Trener kazał nam się dobrać w pary. Moją parą była Dakota. Nie będę wam opowiadać jak mijała lekcja skoro ona była nudna dla mnie, to co dopiero dla was...
Po ogarnieciu swoich czterech liter ruszyłam do pokoju. Nienawidziłam tego budynku, nie dlatego że był stary czy zniszczony wręcz przeciwnie, budynek z pokojami studentów był zadbany nie było grzyba na ścianie czy szczurów popierdzielających po korytarzach i holu jak to bywa w niektórych miejscach. Ściany holu były pomalowane na jasnobrązowy kolor, podłoga wyłożona panelami w tym samym odcieniu choć nieco ciemniejszym, budynek miał pięć pięter, sufit był zbudowany z szklanej kopuły ( niesamowite uczucie podczas deszczu! Mówię na serio). Mój pokój był na drugim piętrze i prowadził do niego ''kilometrowy'' korytarz i jakieś pięćdziesiąt schodków.
Po BARDZO wyczerpującej drodze do mojego zakwaterowania i wejściu do niego, oczywiście ujrzałam Kasandrę wyłożoną brzuchem do góry i gadającą ze swoim chłopakiem na Skype za pośrednictwem laptopa -Standard - wymruczałam pod nosem i podeszłam do swojego łóżka. Zrzuciłam z siebie szkolny ubiór czyt. Więzienny uniform, i pozostając w samej bieliźnie uwaliłam się na łóżko.
Gdy już przysypiałam do ''apartamentu'' wbiła Dakota drąc się na cały regulator:
-Dziewczyny ruszcie swoje kufry i jazda na aule, dyrektor zwołał apel i mówi że to ważne- po jej jasnej twarzy spływały stróżki potu, widać było że się bardzo śpieszyła nie wiem jak ona zdołała wykrzyczeć nam te info. Ubrałam sie pośpiechu w więzienny uniform i cała nasza trójka posprintowała na aule. W budynku głównym zebrał się cały uniwerek. Pan Andrews czekał na nas wraz z resztą klasy. Zajeliśmy swoje miejsca,
- Knowles jak zawsze spóźniona - usłyszałam irytuljący paniusiowty głos Zofii i jak na mnie przystało musiałam cokolwiek odpowiedzieć
- Stul pysk Paproch- tak wiem tyra z podstawówki. Po żabim śmiechu w końcu się zamknęła i na sale wszedł dyrektor wraz ze swą świtą.
Łysina dyrka świeciła się w świetle lamp a jego zwykłe idealnie wyprasowany garniak był pognieciony a z pod koszuli wystawały włoski. Pani Diamonds odchrząknęła, na sali zapadła grobowa cisza i dyrektor zaczął przemowę:
- Witam was drodzy studenci, został nam jeszcze miesiąc nauki i będą już wymarzone przez was wakacje. Ale nie po to się tutaj zebraliśmy. Chciałem was przekazać bardzo ważne dla was informacje, jedna z nich jest taka: Pan Andrews w przyszłym roku nie będzie uczył na naszym uniwersytecie - cała sala zalała się pytaniami typu: Dlaczego? Jak to? Jak?
- Cisza!!- głos Diamonds rozległ sie po sali niczym grzmot
- Dziękuje, rozumiem wasze zdziwienie ale pan Michael dostał propozycje ze swojej ziemi ojczystej, czyli w Anglii. Druga wiadomość jest taka, że będziemy mieli nowego ucznia na pierwszym roku. Przyjdzie on do was w poniedziałek, tylko proszę go dobrze i ciepło przyjąć tak jak to potrafi Harvard. - następnie dodał parę ogłoszeń parafialnych i wszyscy się rozeszliśmy do ''domów''.
Byłam strasznie znużona po apelu i jedyne co zrobiłam to rozebranie się i ubranie w piżamie, a potem zastał mnie sen na moim jakże wygodnym łóżeczku.
Za plecami słyszałam głosy innych dziewczyn coś typu ,, Uuu coś się kroi'' lub ,, Mhmmm... Sam na sam'' czasami nie ogarniam co im do głowy przychodzi, a nie dobra jednak ogarniam. Po za tym nie gustuje w facetach starszym o trzynaście lat, no ludzie!
- Tak panie Andrews? Coś nie tak?- powiedziałam po mimo tego że wiedziałam o czym chciał ze mną gadać
- Możesz mi jakoś wytłumaczyć to twoje dzisiejsze spóźnienie? Bo teraz jakoś częściej to robisz- spytał mnie, dobra myślałam że na mnie nawrzeszczy, ale to inna bajka
- Spóźniłam się ponieważ za późno wstałam i spóźniłam się na śniadanie i poszłam na stacje po jedzenie ale gromada facetów wykupywała pół baru aż w końcu dostałam się do kasy ale kazali czekać piętnaście minut na durną kawę wiec się wkurzyłam i pobiegłam na zajęcia do pana i...- opowiadałam jak na spowiedzi
- Dobra powiedzmy że rozumiem, ale dlaczego akurat przed końcem roku przecież wiesz, że ty musisz najwięcej pracować by sie tu utrzymać. - Mówiąc to patrzył na mnie ze smutkiem w oczach
- Ostatnio późno zasypiam i ogólnie nie mogę spać w nocy - wymawiając te słowa poczułam ucisk w żołądku
- Rozumiem, mówiłaś że ile masz lat?- jego pytanie zdziwiło mnie trochę
- Piętnaście, w czerwcu kończę szesnaście- przecież dobrze wiedział ile mam lat. Andrews był wypatrzony w posadzkę siedząc na swym biurku jedną ręką pogładził sie po lekkim zaroście, przelknol ślinę i powiedział
- Dobrze idź na zajęcia, bo znów się spóźnisz jak coś to powiedz że ja Cię przetrzymałem. Dowiedzenia- mówiąc ,,dowodzenia'' zsunoł się z biurka i podszedł do zalewu na końcu sali, ja zaś grzecznie udałam się do drzwi a następnie na lekcje pływania. Wielkim szczęściem jest to że szkoła ma własny basen. Byłam już przy swojej szafce kiedy podeszła do mnie Zofia i zapytała tym swoim lalusiowatym głosikiem
- I co chciał pan Andrews od ciebie? Hihi.- ten jej rehot mnie dobijał
- Pytał się tylko czemu się spóźniłam i nic więcej- spokojne dzieci nie uruchamiany skojarzeń. Odeszła ode mnie bez słowa tylko z twarzą wygięta w krzywym uśmiechu, co jak co ale kusiło mnie żeby ją teraz tyrać ale trener zaczął nas wołać. Założyłam szybko kostium jednoczęściowy i poszłam na hale.
Basen był ogromny, dach był przeszklony, a sam basen długi na jekieś trzydzieści metrów. Cała moja klasa ustawiła sie w szeregu, głównie to dziewczyny bo chłopaki mieli trening na odkrytym basenie. Byłam czwarta, przede mną stały Mija, Caroline i Dakota ( moja współlokatorka). Trener kazał nam się dobrać w pary. Moją parą była Dakota. Nie będę wam opowiadać jak mijała lekcja skoro ona była nudna dla mnie, to co dopiero dla was...
Po ogarnieciu swoich czterech liter ruszyłam do pokoju. Nienawidziłam tego budynku, nie dlatego że był stary czy zniszczony wręcz przeciwnie, budynek z pokojami studentów był zadbany nie było grzyba na ścianie czy szczurów popierdzielających po korytarzach i holu jak to bywa w niektórych miejscach. Ściany holu były pomalowane na jasnobrązowy kolor, podłoga wyłożona panelami w tym samym odcieniu choć nieco ciemniejszym, budynek miał pięć pięter, sufit był zbudowany z szklanej kopuły ( niesamowite uczucie podczas deszczu! Mówię na serio). Mój pokój był na drugim piętrze i prowadził do niego ''kilometrowy'' korytarz i jakieś pięćdziesiąt schodków.
Po BARDZO wyczerpującej drodze do mojego zakwaterowania i wejściu do niego, oczywiście ujrzałam Kasandrę wyłożoną brzuchem do góry i gadającą ze swoim chłopakiem na Skype za pośrednictwem laptopa -Standard - wymruczałam pod nosem i podeszłam do swojego łóżka. Zrzuciłam z siebie szkolny ubiór czyt. Więzienny uniform, i pozostając w samej bieliźnie uwaliłam się na łóżko.
Gdy już przysypiałam do ''apartamentu'' wbiła Dakota drąc się na cały regulator:
-Dziewczyny ruszcie swoje kufry i jazda na aule, dyrektor zwołał apel i mówi że to ważne- po jej jasnej twarzy spływały stróżki potu, widać było że się bardzo śpieszyła nie wiem jak ona zdołała wykrzyczeć nam te info. Ubrałam sie pośpiechu w więzienny uniform i cała nasza trójka posprintowała na aule. W budynku głównym zebrał się cały uniwerek. Pan Andrews czekał na nas wraz z resztą klasy. Zajeliśmy swoje miejsca,
- Knowles jak zawsze spóźniona - usłyszałam irytuljący paniusiowty głos Zofii i jak na mnie przystało musiałam cokolwiek odpowiedzieć
- Stul pysk Paproch- tak wiem tyra z podstawówki. Po żabim śmiechu w końcu się zamknęła i na sale wszedł dyrektor wraz ze swą świtą.
Łysina dyrka świeciła się w świetle lamp a jego zwykłe idealnie wyprasowany garniak był pognieciony a z pod koszuli wystawały włoski. Pani Diamonds odchrząknęła, na sali zapadła grobowa cisza i dyrektor zaczął przemowę:
- Witam was drodzy studenci, został nam jeszcze miesiąc nauki i będą już wymarzone przez was wakacje. Ale nie po to się tutaj zebraliśmy. Chciałem was przekazać bardzo ważne dla was informacje, jedna z nich jest taka: Pan Andrews w przyszłym roku nie będzie uczył na naszym uniwersytecie - cała sala zalała się pytaniami typu: Dlaczego? Jak to? Jak?
- Cisza!!- głos Diamonds rozległ sie po sali niczym grzmot
- Dziękuje, rozumiem wasze zdziwienie ale pan Michael dostał propozycje ze swojej ziemi ojczystej, czyli w Anglii. Druga wiadomość jest taka, że będziemy mieli nowego ucznia na pierwszym roku. Przyjdzie on do was w poniedziałek, tylko proszę go dobrze i ciepło przyjąć tak jak to potrafi Harvard. - następnie dodał parę ogłoszeń parafialnych i wszyscy się rozeszliśmy do ''domów''.
Byłam strasznie znużona po apelu i jedyne co zrobiłam to rozebranie się i ubranie w piżamie, a potem zastał mnie sen na moim jakże wygodnym łóżeczku.
sobota, 12 kwietnia 2014
Rozdział 1
Każdy chyba zna to uczucie kiedy jest się nowym w szkole. Wszędzie nowe twarze, nowi nauczyciele i nie ma przy tobie nikogo bliskiego. Tak ma każdy nastolatek tylko nie ja. Nazywam sie Blue Knowles i mam piętnaście lat i jestem uczennicą Harvardu, tak dobrze przeczytaliscie Harvard. Piętnastolatka na Harvardzie, czy to narmalne? Nie, raczej nie. Zacznijmy od nowa: Od małego byłam wychowywana na wielkiego geniusza, przeskoczyłam kilka klas aż znalazłam się w szkole dla geniuszy od dziecka wychowywanych tylko po to by spełnić marzenia rodziców.
Nie ma jak myśleć o swoim życie stojąc w kolejce po kawę i ciastko na drugie śniadanie, tylko jak się spóźnię na wykład to będzie istne piekło, ale tak już jest jak jedzie się na stacje gdzie dwudziestu obrzydliwych tirowców zamawia sobie śniadanie. Nareszcie moja kolej
- W czym mogę pomóc?- zapytała się mnie blondynka za lada
- Jedną kawę z mlekiem i croissanta- odpowiedzialam, bo w końcu tyle na to czekalam
- To będzie razem 5 dolarów i proszę poczekać 5 minut - ta odpowiedź mnie rozwaliła
- Nie da się trochę szybciej strasznie się śpieszę na zajęcia, wie pani Harvard i te sprawy .
- Niestety nie mogę przyspieszyć procesu parzenia się kawy proszę pani.
- Dobrze w takim razie poprosze o zwrot pieniędzy... Śpiesze się.
Sprzedawczyni wyjęła moje pieniądze z kasy mając taka mną na twarzy jakby zjadła wiadro cytryn, chyba mruczała coś pod nosem, ale nie zdążyłam nic usłyszeć bo wybiegłam ze stacji taranując po drodze kilku tirowców. Cale szczęście ze to tylko pół kilometra, przebiegnie się w końcu od czego trenowało się biegi. Po piętnastu minutach biegu dotarłam na uczelnie. Wyhamowałam przed wielkimi zielonymi drzwiami prowadzącymi na główny hol, otworzyłam je i sprintem ruszyłam do sali przepraszając jednocześnie woźnego za to że brodzę. Stanęłam przed drzwiami sali chemicznej i weszłam do środka, dobrze ze wszyscy jeszcze nie usiedli.Chcialam sie pocichutku przemknąć na swoje miejsce, ale lata szkoły daly o sobie znać. Drzwi zaskrzypiały i gdy się zamykały przytrzasnęły mi włosy muszę pomyśleć nad ścięciem ich. Koniecznie. Dźwięk skrzypiących drzwi rozległ się hukiem po sali, wszyscy w jednym momencie odwrócili się i spojrzeli prosto na mnie.
- A dlaczego pani się tak skrada, panno Knowles? - głos profesora oblał mnie jak zimny prysznic
- Ja panie Andrews byłam na śniadaniu - Tak byłam na śniadaniu ze śmierdzącymi tirowcami i zbulwersowaną sprzedawczynią.
- Dobrze w takim razie zajmij swoje miejsce i następnym razem postaraj się nie spóźnić- zaczęłam wchodzić po schodach na swoje miejsce gdy pan Andrews uzupełnił swoją wypowiedź
- Aha i jeszcze jedno panno Knowles proszę aby pani poszła do swojego pokoju i przebrała się w mundurek, dziękuje - na początku nie wiedziałam o co mu chodziło, ale potem zrozumiałam byłam w dresie, starym szarym dresie z dziurą na nogawce, boże jaka masakra. Po słusznej uwadze profesora wyszłam z sali i niczym ninja pobiegłam do pokoju. Mój pokój był niewielki jakieś dwadzieścia metrów na dwadzieścia pięć metrów w dodatku dzielilam go z dwoma dziewczynami: Kasandra i Dakotą. Mój mundurek leżał złożony w kostkę na łóżku i czekał na mnie wraz z butami leżącymi na ziemi. Wzięłam mundurek w rękę i ruszyłam w drogę do łazienki po drodze zrzucając z siebie ubrania, w rezultacie przy drzwiach łazienki już byłam w samej bieliźnie która dostałam na pożegnanie od dziewczyn z mojej poprzedniej szkoły. Ku mojemu zdziwieniu drzwi od toalety otworzyły się i uderzyły mnie w czoło, upadłam na ziemię. Z toalety wyszła Kasandra w ręczniku, jej włosy ociekały wodą a na nogach widać było krople.
- Co ty sie tak młoda czaisz? Nie masz teraz zajęć przypadkiem?- odezwała się
- Wiesz jakoś tirowcy nie chcieli mi ustąpić swoich kabin z całą szafa mundurków, a teraz chciałabym wejść do twego królestwa stara - wstałam z podłogi i dumnie jak paw weszłam do łazienki. Mój mundurek składa się białej koszuli, krawatu z logiem uczelni i spódniczki kończącej się jakieś trzy centymetry nad kolanem na której też był wyszyty herb uczelni. Założyłam zestaw i spojrzałam w lustro włosy coś nie za fajnie wyglądały więc siłą rzeczy upięłam je w koka. Cała akcja zajęła mi jakieś dziesięć minut włącznie z oberwaniem w twarz drzwiami. Moim słynnym sprintem wróciłam na zajęcia.
Na szczęście dzisiaj ogladaliśmy film o jakimś słynnym chemiku więc piekła nie było, a teraz was rozwale pan Andrews miał dwadzieścia osiem lat i był moim wychowawcą.
- W czym mogę pomóc?- zapytała się mnie blondynka za lada
- Jedną kawę z mlekiem i croissanta- odpowiedzialam, bo w końcu tyle na to czekalam
- To będzie razem 5 dolarów i proszę poczekać 5 minut - ta odpowiedź mnie rozwaliła
- Nie da się trochę szybciej strasznie się śpieszę na zajęcia, wie pani Harvard i te sprawy .
- Niestety nie mogę przyspieszyć procesu parzenia się kawy proszę pani.
- Dobrze w takim razie poprosze o zwrot pieniędzy... Śpiesze się.
Sprzedawczyni wyjęła moje pieniądze z kasy mając taka mną na twarzy jakby zjadła wiadro cytryn, chyba mruczała coś pod nosem, ale nie zdążyłam nic usłyszeć bo wybiegłam ze stacji taranując po drodze kilku tirowców. Cale szczęście ze to tylko pół kilometra, przebiegnie się w końcu od czego trenowało się biegi. Po piętnastu minutach biegu dotarłam na uczelnie. Wyhamowałam przed wielkimi zielonymi drzwiami prowadzącymi na główny hol, otworzyłam je i sprintem ruszyłam do sali przepraszając jednocześnie woźnego za to że brodzę. Stanęłam przed drzwiami sali chemicznej i weszłam do środka, dobrze ze wszyscy jeszcze nie usiedli.Chcialam sie pocichutku przemknąć na swoje miejsce, ale lata szkoły daly o sobie znać. Drzwi zaskrzypiały i gdy się zamykały przytrzasnęły mi włosy muszę pomyśleć nad ścięciem ich. Koniecznie. Dźwięk skrzypiących drzwi rozległ się hukiem po sali, wszyscy w jednym momencie odwrócili się i spojrzeli prosto na mnie.
- A dlaczego pani się tak skrada, panno Knowles? - głos profesora oblał mnie jak zimny prysznic
- Ja panie Andrews byłam na śniadaniu - Tak byłam na śniadaniu ze śmierdzącymi tirowcami i zbulwersowaną sprzedawczynią.
- Dobrze w takim razie zajmij swoje miejsce i następnym razem postaraj się nie spóźnić- zaczęłam wchodzić po schodach na swoje miejsce gdy pan Andrews uzupełnił swoją wypowiedź
- Aha i jeszcze jedno panno Knowles proszę aby pani poszła do swojego pokoju i przebrała się w mundurek, dziękuje - na początku nie wiedziałam o co mu chodziło, ale potem zrozumiałam byłam w dresie, starym szarym dresie z dziurą na nogawce, boże jaka masakra. Po słusznej uwadze profesora wyszłam z sali i niczym ninja pobiegłam do pokoju. Mój pokój był niewielki jakieś dwadzieścia metrów na dwadzieścia pięć metrów w dodatku dzielilam go z dwoma dziewczynami: Kasandra i Dakotą. Mój mundurek leżał złożony w kostkę na łóżku i czekał na mnie wraz z butami leżącymi na ziemi. Wzięłam mundurek w rękę i ruszyłam w drogę do łazienki po drodze zrzucając z siebie ubrania, w rezultacie przy drzwiach łazienki już byłam w samej bieliźnie która dostałam na pożegnanie od dziewczyn z mojej poprzedniej szkoły. Ku mojemu zdziwieniu drzwi od toalety otworzyły się i uderzyły mnie w czoło, upadłam na ziemię. Z toalety wyszła Kasandra w ręczniku, jej włosy ociekały wodą a na nogach widać było krople.
- Co ty sie tak młoda czaisz? Nie masz teraz zajęć przypadkiem?- odezwała się
- Wiesz jakoś tirowcy nie chcieli mi ustąpić swoich kabin z całą szafa mundurków, a teraz chciałabym wejść do twego królestwa stara - wstałam z podłogi i dumnie jak paw weszłam do łazienki. Mój mundurek składa się białej koszuli, krawatu z logiem uczelni i spódniczki kończącej się jakieś trzy centymetry nad kolanem na której też był wyszyty herb uczelni. Założyłam zestaw i spojrzałam w lustro włosy coś nie za fajnie wyglądały więc siłą rzeczy upięłam je w koka. Cała akcja zajęła mi jakieś dziesięć minut włącznie z oberwaniem w twarz drzwiami. Moim słynnym sprintem wróciłam na zajęcia.
Na szczęście dzisiaj ogladaliśmy film o jakimś słynnym chemiku więc piekła nie było, a teraz was rozwale pan Andrews miał dwadzieścia osiem lat i był moim wychowawcą.
Prolog
Żyło niegdyś dwoje ludzi pochodzących z innych sfer. Ona-dziedziczka tronu Angel Blood, On- dziedzic tronu Piekieł.
Spotkali się zupełnie przypadkiem podczas przechadzki po lesie. Potem ich spotkania były regularne aż zostali przyłapani. Smutne były ich dni aż pewnego dnia księżniczka Elizabeth postanowiła postawić się ojcu, który tak chciał szczęścia córki że zgodził się by spotkała się z nim przy najbliższej pełni księżyca.
Ojciec księżniczki wysłał posłańca do władcy piekieł-szatana, z prośbą o jedno jedyne spotkanie w najbliższą pełnię.
Zakochani spotkali się tam gdzie po raz pierwszy się widzieli i skonsumowali swoją miłość. Nad ranem kochankowie zostali odnalezieni przez swych ojców i ponownie rozdzieleni. Niestety pech chciał by Elizabeth zaszła w ciążę z księciem Piekieł- Davidem. Sekret księżniczki był strzeżony przez mieszkańców zamku, ale zdążył się wyjątek który tak się cieszył z ciąży księżniczki że powiedział wszystko Davidowi. Ten zaś po otrzymaniu wiadomości cieszył się nie zmiernie, ale czekał aż do ostatniej chwili by zobaczyć ukochaną i towarzyszyć jej przy porodzie.
Minęło dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy krycia sekretu i dziewięć miesięcy nie cierpliwości Davida.
Nareszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila, poród zaczął się szóstego dnia i szóstego miesiąca o godzinie szóstej rano. Książę zaalarmowany tą informacją uciekł z zamku i pognał do ukochanej.
Księżniczka Elizabeth czekała na swego ukochanego tak długo aż skurcze przybrały na sile, ból rozrywał jej ciało i musiała już rodzić. Przy porodzie byli obecni wszyscy doradcy króla i on sam. Gdy główka dziecka wychodziła na świat zjawił się on sam -książę David. Przebijając się przez straże dotarł do ukochanej która właśnie skończyła rodzić. Urodziła im się córka o jaskrawo błękitnych oczach i czarnych włosach -dziecko przeklęte.
Doradcy zaczęli się kłócić co zrobić z dzieckiem. Jedynym wyjściem było wysłanie dziecka na powierzchnie do świata normalsów, gdzie będzie bezpieczne.
Wybuchła wojna a zakochani uciekli do świata ludzi i już nikt o nich nie słyszał.
A przeklętym dzieckiem byłam ja. Nazywam się Blue Knowles i to moja historia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)