Przepraszam że tak długo to trwało, ale mój tablet działa jak chce. Wierze w to że ten rozdział się wam spodoba.
~Bluel Namess
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wybiegliśmy z mieszkania jakby sie paliło, taranując każdego kto stanie nam na drodze. W ogóle ni wiedziałam co się właściwie dzieje, przecież upadli i tak krążyli ciągle i wszędzie.
Wsiedliśmy do Audia i z piskiejm opon ruszyliśmy w drogę. Johnny gorączkowo rozglądał się na boki podczas jazdy. Postanowiłam zacząć wywiad - Powiesz mi w końcu co tu się kurwa dzieje?!- zmienił bieg.
- Mówiłem ci upadli krążą...
- Tyle to ja też wiem i nic to nie wyjaśnia!
- Przestań się drzeć. Upadli postanowili opętać połowę miasta.- zamarłam
- Jak to połowę miasta?- poprawił dłonie na kierownicy
- Ludzi z którymi miałaś kontakt. Musimy wyjechać. Kupiłem bilety. W przyszły weekend lecimy do Barcelony. Isabell będzie tam na nas czekać.- oparłam głowę o szybę i wzięłam głęboki oddech
-A co z Jordanem i resztą?- spojrzał na mnie kątem oka
- Są bezpieczni. To wilkołaki nic im nie grozi. Aha, musisz zmienić wygląd.- oczy wyszły mi z orbit
- Jak mam niby zmienić wygląd skoro jakieś pojeby na mnie polują. Pomyślałeś o tym?! - widziałam wyraźne wkurwienie w jego oczach. Następną część drogi nie odzywał się do mnie aż w końcu nie wytrzymałam -
Możesz mi chociaż powiedzieć dokąd jedziemy?- auto przyśpieszyło a on nie odrywał wzroku od drogi
- Jedziemy do Los Angeles i tam zmienimy tożsamość- pokiwałam głową ze zrezygnowaniem i odchyliłam fotel do tyłu, zamknełam oczy i pozwoliłam by buczenie auta uspało mnie.
Obudziłam się przy granicy stanowej, gdy John już zwalniał. Chwila... Czy ja mam paszport? Czy ja kiedy kolwiek miałam jakiś dowód tożsamości? Nigdy nie wyjeżdżałam z tego stanu oprócz przeprowadzki do niego, ale tak to nigdy.
Audi przyśpieszyło i znów byliśmy w drodze. Przywróciłam fotelowi pozycje pionową. Przyglądałam się chłopakowi za kierownicą. Jego wzrok był był niepewny, mięśnie na całym ciele napięte a palce nerwowo bębniły o kierownice. Nie mogłam z niego wyglądał jakby siedział na kiblu i kupe robił. Zaczełam się śmiać. Zjechaliśmy na pobocze i Jo wybuchł
- Co cie tak bawi do kurwy jasnej?!- nigdy nie widziałam jak wybucha wystraszyłam się delikatnie
-Możemy zginąć a ty się śmiejesz!- krzyczał na mnie, bałam się, widziałam do czego jest zdolny i nie chce być jego kolejną ofiarą
- Nie wiedziałam że to cię aż tak wkurwi- wyjąkałam, chyba zauważył moje przerażenie ponieważ twarz mu złagodniała
- Powiesz mi z czego się śmiałaś?- nerwowo wyjrzał przez szybę
- Wyglądałeś jakbyś klocka sadził - uśmiechnął się delikatnie
- Serio? Heh... Sory że tak na ciebie nakrzyczałem...- zrobił minę zbitego psa i jak ja mam się nie śmiać co?
- Nie musisz przecież i tak ciągle ratujesz mi życie- stłumiłam śmiech i poklepałam go po ramieniu
- Jedźmy już. Niepewnie się tu czuje.- pokiwał głową na znak że się zgadza i odpalił samochód.
Jedziemy, na zegarku dochodzi pierwsza w nocy i jest w chuj nudno
- Zatrzymany się gdzieś na noc czy śpimy w aucie?- przerwałam ciszę
- Dzisiaj prześpimy się w TT a jutro jeśli będziesz chciała poszukamy motelu- po chwili zjechaliśmy na parking jednej ze stacji. Wysiadłam z samochodu, poszłam się odświeżyć a John został i szykował nam spanie. Nie wiem dlaczego ale nie czułam się tu pewnie, co krok moje mięśnie się napinały a po skórze przechodziły ciarki. Poszłam do toalety i pierwsze co ujrzałam to swoje odbicie w lustrze. Nie miałam makijażu, włosy nie uczesane a z ust waliło mi zgniłym jajem. Puściłam wodę z kranu i patrzyłam jak znika w odpływie, zaczęło się, mój kac dał o sobie znać i pozbyłam się zawartości żołądka. Biedne naleśniki, takie dobre i odpłynęły. Podniosłam głowę i spojrzałam w lustro. Zamiast mojego odbicia był upadły. Patrzył na mnie swoimi czerwonymi ślepiami, w ręcę trzymał włócznię a jego para miała czarny kolor. Mimo jego morderczej natury ten widok był piękny. Odsunęłam się kawałek od lustra i wciągnełam do niego rękę, nie kontrolowałam tego co robię byłam zaczarowana jego widokiem. Moja ręka zbliżała się do niego i wtedy wydał z siebie przeraźliwy krzyk. Ten dźwięk przeszył moje ciało, piszczało mi w uszach a przed oczami zrobiło mi się czarno, nic nie widziałam. Nagle poczułam że ktoś ciągnie mnie za kostkę, padłam z hukiem na ziemię i napastnik dalej ciągnie mnie za kostkę w stronę lustra. Zaczełam krzyczeć, ale on wydał z siebie jeszcze mocniejszy krzyk który przerodził się w pisk. Kopałam, wyrywałam się i nic, nawet nie widziałam kogo lub co kopie. Spojrzałam na swoje nogi, nie było na nich nic. Spojrzałam w górę, postać w lustrze miała wyciągniętą rękę przed siebie, ciągnęła mnie do siebie. Przewróciłam się na brzuch i chwyciałam stojący obok drzwi śmietnik, upadły znów zakrzyczał i znów chwilowo straciłam wzrok. Miałam już śmietnik w dłoniach i z całej siły rzuciłam nim w lustro. Tafla rozpadła się na milon kawałków a zamknięta w nim postać rozpłynęła się. Ucisk na mojej kostce znikł, popatrzyłam po sobie, nic mi nie było. Wstałam z ziemi, moje dłonie zacisnęły się w pięści, byłam gotowa na atak ale nic się nie działo. Śmietnik znów stał na swoim miejscu, lustro było w jednym kawałku a ja stałam jak ta idiotka z otwartą gębą i gapiłam się w swoje odbicie. Zakręcioło mi się delikatnie w głowie i wyszłam z pomieszczenia.
Stacja była pusta, zero klientów, półki wypełnione były produktami a za ladą stał sprzedawca który już przysypiał. Wybiegłam z budynku w stronę samochodu Johna. Chłopak stał oparty o maskę, ale to nie był on. Chłopak opierający się o maskę być może miał jego kształt, ale jego ciało było mgłą. On był zjawą. Zakryłam usta dłonią ale mimo to wydałam z siebie pisk. Zjawa odwróciła się i znów była Johnnym
-Blue? Spokojnie.- podchodził do mnie powoli jak do dzikiego zwierzęcia.
- Kim ty kurwa jesteś?! - odsunęłam się
- Wejdź do auta. Wszystko ci wytłumacze- podbiegł do mnie i chwycił mnie za rękę. Wyrywałam się ale on zakrył mi usta, wziął na ręce i zaciągnął do auta. Posadził mnie po stronie pasażera zatrzasnął drzwi i usiadł na moich kolanach tak by patrzeć na moją twarz. Położył moje dłonie pod swoje kolana bym nie mogła się ruszać. Położył dłonie na ramiona i tłumaczył
-Jestem zjawą, ale tą dobrą. Nikt oprócz Isabell i teraz ciebie o tym nie wie. Jestem zabójcą upadłych. No to tyle- zatkało mnie
-Wiem że jesteś teraz wkurwiona, ale ze mną nic ci nie grozi- odetkało mnie
- Kiedy ty zamierzałeś mi to powiedzieć?! Jak ja niby mam kurwa czuć się bezpiecznie ze zjawą obok? Pojebało cię?!- skrzywił się
- Nie pojebało mnie. Oboje wiemy że gdybym ci to wczesniej powiedział to byś spierdalała gdzie pieprz rośnie.- przechyliłam głowę na bok
-Złaź ze mnie! - już schodził gdy nagle cały zesztywniał
- Wiem że się podnieciłeś ale możesz już zejść.- znów przyłożył mi dłoń do ust
- Cicho... - ugryzłam go
- Co się dzieje?- wzrok miał utkwiony gdzieś daleko
- Opętani tu są. Szukają czegoś, ale nie ciebie- rzuciłam mu spojrzenie pt:"O co ty kurwa mówisz?" i powiodłam oczami tam gdzie on patrzył
- Nic nie widzę- on szybko odchylił moją głowę do tyłu i patrzył dalej w przestrzeń. Odwóciłam głowę do tyłu i wtedy zobaczyłam zbliżającą się do nas postać. Szturchnęłam Johna głową
-Widzę- tylko tyle powiedział i znów spojrzał na mnie
-Co zamierzasz teraz robić?- zapytałam
-Póki jesteśmy w środku nic nam nie grozi- położył mi dłoń na ramię i po chwili ją cofnął
-Tył jest rozłożony. Teraz ja powoli się tam prześlizne a potem ty, ok?- kiwnęłam głową w potwierdzeniu. Johnny zszedł ze mnie i powoli przeszedł na tył auta, ale ja nie zamierzałam wstawać bo to przypominało by wstawianie słonia. Odchyliłam fotel do tyłu i powoli przeczołgałam się na tylne siedzenie
-No nieźle, gdybym ja to zrobił dziwnie by to wyglądało.- powiedział Jo a mi zadziałała wyobraźnia
-Heh... Prędzej bym cię skopała, ale to szczegół- uśmiechnął się lekko i podał mi koc.
Leżeliśmy w połowie na siedzeniach w połowie w bagażniku. Szczerze mówiąc wygodnie było, kocyk, poduszeczka żyć nie umierać po prostu. Leżałam na plecach a on na brzuchu i patrzył przez szybę bagażnika
-Dalej tam są. Mam przeczucie że upadli też gdzieś tu są.- powiedział
-Widziałam jednego w lustrze... Złapał mnie za kostkę i ciągnął do siebie...- odwrócił się w moją stronę
-To nie był upadły. To był duch który opętanego. Wykorzystują to żeby znaleźć swój cel- odrazu mi ulżyło
-Ale on jeszcze wrzeszczał, rzuciłam śmietnikiem w lustro a jak już wstawałam to nie było po niczym śladu- kącik jego ust uniósł się
-Czyli sprawdzali jak zareagujesz. Twoja reakcja było prawidłowa.- zabrakło mi słów nie mówiłam nic póki ciekawość mi się nie włączyła.
- Dlaczego nikomu nie powiedziałeś że jesteś zjawą?
- Bo wilki by mnie rozerwały.
- Kusząca propozycja...
- Dzięki za troskę.
- Ależ proszę. Co ja wczoraj robiłam?
- A chuj wie. Byłem tak samo najebany jak ty.
- Nie przesadzaj ty mnie najebanej nie widziałeś.
- Chętnie zobacze co wtedy potrafisz.
- Na za dużo to ty nie licz. Bambusie.
- Musisz być taką rasistką?
- Nie jestem rasistką, po prostu jesteś nowy w ''rodzinie''.
- Aha, czyli walka o przetrwanie?
- Widzisz jaki ty mądry.- Uśmiechnął się i oparł głowę na ręce. Spojrzałam na sufit z myślą że obok mnie leży ktoś kto jednym ruchem może mnie zabić
-O kurwa, idą tu- słowa bambusa przerwały mój tok myślenia
-Co robimy?- spojrzał się na mnie
-Nie mam pojęcia...- do głowy wpadł mi pomysł którego będę żałować -Przybliż się do mnie- spojrzał się jak na debila
-Dobrze się czujesz?- powiedział a ja pociągnęłam go za ramię
-Wiem że będę tego żałować, ale przybliż się- pochylił się nademną i zamknął oczy -Ja cię całować nie będę. Więc nadziei sobie nie rób- położyłam dłoń na jego polik tak by zasłonić moje i jego usta
-Wiesz że oni mają rentgen w oczach? I na to się nie na biorą- przewróciłam oczami i przechyliłam głowę na bok
-Dobra to rób co uważasz za służne, ale nie obiecuje że nie ugryze- przewrócił oczami, pogładził mnie po włosach, nachylił się i pocałował mnie. Jego wargi były miękkie i wilgotne, nie wiem dlaczego ale odwzajemniłam pocałunek.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na okno, nikogo już tam nie było. Odepchnełam od siebie Johnnego i wytarłam usta dłonią
-No jest dobrze dalej mam wargi- uśmiechnęłam się mimo woli i położyłam się
-Zapomnij o tym. Opętani już poszli. Nie będziesz musiał mnie znów całować- powiedziałam i zamknełam oczy
-Mi tam to nie przeszkadza. A ty odwzajemniłaś. Więc...- chwyciłam leżącą obok poduszkę i rzuciłam w niego
-Idź się pierdolić z ręką- usłyszałam jak hihotał i zaczełam zasypiać. Jedyne co pamiętam przed zaśnięciem to dźwięk kładącego się obok Jo.
***
Obudziałam się gdy Johnny odpalał silnik. Na zegarku była dwunasta trzydzieści. Najwidoczniej kierownik wycieczki postanowił mnie nie budzić. Otworzyłam szerzej oczy i zobaczyłam kubek z kawą a obok pączka -dobroczyńca. Drzwi kierowcy otworzyły się i do środka zajrzał Bambo
-Dzień dobry diablico, ruszaj dupsko bo muszę poskładać fotele. Zjesz w drodze- zaczełam powoli wstawać
-Nie mogłeś mnie obudzić wcześniej?-widziałam rozbawienie na jego twarzy
-Tak słodko wyglądałaś ze swoją otwarta paszczą, że żal było budzić- uderzyłam go poduszką i zaczełam składać koc
-Ja złoże siedzenia. Potrzebuje się obudzić- wzruszył ramionami i wyszedł z auta.
Poskładałam wszystko i usadowiłam się na miejscu pasażera Jo po chwili znów się zjawił z jedzeniem w ręku. Położył mi dar na kolanach i ruszyliśmy w drogę. Podczas zajadania się pączkiem uświadomiłam sobie że nie brałam od dwóch dni, upiłam łyk karmelowej kawy. Skąd on wiedział że ją lubię? Nie mam pojęcia, ale ważne że była. Odezwał się mój głód narkotykowy. Chwyciłam moją torebkę i nerwowo ją przeszukiwałam jej zawartość -nic, nie było w niej tego co szukałam. Wysypałam sobie wszystko na kolana i obejrzałam wszystko dokładnie, zdażało mi się parę razy że woreczek przyklejał się gdzieś np: Do telefonu. Przeszukiwałam portfel kiedy rozległ się głos kierowcy
-Tego szukasz?- spojrzałam w jego kierunku, w jego palcach znajdował się woreczek z (moimi) ekstazy. Wyrwałam mu go z ręki
-Skąd ty to masz?!
- A jak myślisz?
- Zajebałeś mi.
- Widzisz jaka ty mądra.
- Ty pojebie! Kurwa mać! Moich rzeczy się nie rusza!
- Ty nie rozumiesz że przez to cię łatwiej znajdują?
- Chuj z tym! Niech se znajdują.
- Dobra twój wybór.
- Zrobimy tak ja wezme dwie pigułki a ty się zaraz zatrzymasz przy lesie i pójdę sobie pobiegać.
- Jak sobie chcesz, ale bierzesz ze sobą sztylet. Z tego co wiem już kiedyś zabijałaś.- po tych słowach wróciły do mnie wspomnienia:
Jako dwunastolatka dostałam na urodziny pistolet od dziadka. Uwielbiałam strzelać do wszystkiego co wybrałam sobie za cel.
Pewnego dnia mój dziadek został zamordowany. Niestety policja po roku poszukiwań nie odnalazła mordercy więc postanowiłam sama go odnaleźć i zrobić to samo co on z moim dziadziusiem. Pamiętam że szybko go odnalazłam. Był na tyłach sklepu z jakąś kobietą. Szarpał ją i groził jej nożem. Ona dalej krzyczała ale nie pamiętam dokładnie co iwtedy jej głos ucichł. Słyszałam tylko ciche kasłanie. Chwyciłam pistolet, wycelowałam i ognia. Morderca padł na ziemie a za mną rozległy się policyjne syreny. Uciekłam jak najdalej od tamtego miejsca.
Po tym zdarzeniu zabijałam każdego kto mi porządnie podpadł. Nie wiedziałam co to litość. Miałam chłopaka który zostawił mnie dla innej a tą inną dla kolejnej. Zamordowałam go by nie krzywdził kolejnych dziewczyn.
Moja zabawa z zabijaniem skończyła się kiedy zabiłam własną siostrę. Nie pamiętam powodu, ale rodzice powiedzieli że zmarła z przyczyn naturalnych i zapomnieliśmy o sprawie.
Wrociłam do żywych. Johnny właśnie zjeżdżał na ścieżkę prowadzącą do lasu. Wzięłam szybko pigułki i czekałam na efekty. Długo to nie trwało. Podniosło mi się ciśnienie a źrenice powiększyły się.
Wybiegłam z TT gdy jeszcze jechało i zniknęłam między drzewami. Zapach rosy uderzał mnie w nozdrza, moje uszy rozkoszowały się śpiewem ptaków a oczy widokiem lasu. Przyśpieszyłam i pozwoliłam by moje nogi poniosły mni gdzie chcą. Biegłam i biegłam aż poczułam mrowienie w całym ciele. Lubiłam to uczucie, ale akurat te mrowienie było silniejsze niż zwykle. Pomyślałam że to przez moją przerwę w bieganiu i pobiegłam dalej.
Kilka kroków dalej leżał pień nabiegłam na niego i wyskoczyłam w górę ile sił, wciągnełam ręce przed siebie być dotknąć nieba. Gdy już spadłam na ziemi nie byłam sobą, byłam wilkiem. Nic sobie z tego nie robiłam. Po prostu biegłam przed siebie na wielką łąkę na której zwolniłam i zawyłam ile sił w płucach. Zrobiłam okrążenie i biegłam już w stronę auta. Cieszyłam się wolnością, moje łapy biły rytmicznie o ziemie a z pyska kapała ślina.
Wybiegłam z lasu i znów byłam człowiekiem. Wytarłam wierzchem dłoni ślinę z ust. Jo właśnie czyścił swój miecz a w radiu leciała piosenka Jason Derulo -Wiggle. Kopnęłam szyszke i chłopak się odwrócił
-Widze że się nabiegałaś i przydałaby ci się kąpiel- machnęłam na nigo ręką i oblałam się wodą
-Ciekawa gdzie do cholery ci znajdę prysznic.- podszedł do mnie, dotknął mojego serca i opuścił dłoń. W miejscu gdzie mnie dotknął została wytatułowana kropla wody a jego oczy przybrały białą barwę, nagle poczułam jakby ktoś mnie mył ale nic takiego ne widziałam. Po tym wrażeniu powąchałam swoją skórę, pachniałam miętą- zero potu, włosy też miałam świeże i rozczesne. Z niedowierzaniem spojrzałam na Bambo
-Jak ty to zrobiles? I kiedy mnie tego nauczysz?- wzruszył ramionami i wsiadł do auta. Po sekundzie dołączyłam do niego
-Masz przy sobie telefon?- zapytał odpalając silnik
-No tak, czemu pytasz?- wciągnełam telefon z torby
-Od dzisiaj nie będziesz go potrzebowała- wyrwał mi telefon z kieszeni, wyciągnął swój i wyrzucił przez okno dodając gazu
-Popierdoliło Cię?!- zapytałam
- Już dawno. Ludzie pracującujący dla upadłych namierzają telefony. Wiec nie musisz dziękować- szczęka mi opadła
-Dobra... To co dalej?- wzrok miał utkwiony w drodze
- Jedziemy do Ohio a stamtąd do Los Angeles- przytaknęłam i oparłam głowę o szybę. Przypomniałam sobie te momenty w lesie, moment w którym zmieniłam się w wilka, moment w którym czułam mrowienie i bicie łap o ziemie. To było nie ziemskie. Wzięłam głęboki oddech aż Johnny zapytał
-Co sie tak rozmarzyłaś?- odwróciłam się do niego
-Odkryłam w sobie wilczą naturę.
-Słyszałem.
-Nie dziwi cię to?
-Nie czekałem aż sama to odkryjesz.
-Skąd ty do kurwy jasnej tyle o mnie wiesz?
-Mam trzystatrzydzieści lat u obserwuje cię odkąd się urodziłaś.
-No masz... Jest coś jeszcze o czym powinnaś wiedzieć?
-Twoje oczy zmieniają kolor co dwa lata. To chyba tyle.
-Że kurwa co?
-Twoje oczy zmieniają kolor co dwa lata. Nie wiem jak to się dzieje.
-Aha, coś jeszcze?
-Za trzy godziny obiad. To chyba dobra wiadomość?
-Jak ty mnie dobrze znasz- to były moje ostatnie normalnie powiedziane słowa. Dlaczego normalnie? Bo potem Jo włączył płytę Aerosmith i zaczęliśmy śpiewać.
Johnny na serio miał dobry głos. Dochodziliśmy już do refrenu piosenki Love In The Elevator gdy ktoś wjechał nam w tył auta. John uderzył głową o kierownicę a ja o własne nogi. Na chwilę zapadła ciemność a potem znów było jasno i widziałam wszystko. Spojrzałam na Bambo miał rozcięty łuk brwiowy z którego sączyła się krew i był nie przytomny. Spojrzałam na siebie, nigdzie nie miałam plam krwi. Przybliżyłam się do Jo i zaczełam go dotykać po głowie, klepać po poliku ale nie reagował, sprawdziłam czy oddycha-oddychał. Odsunęłam się znów na swój fotel i myślałam co teraz zrobić. Usłyszałam kroki pochodzące z zewnątrz i szybko chwyciłam za pistolet, kroki zbliżały się. Drzwi się otworzyły i do środka zajrzał człowiek, przyjżałam mu się jego oczy były czarne a z ramion unosiła się czarna para. Załadowałam, wycelowałam ale się zawachałam się przy strzale. Dawno nikogo nie zabiłam a nie postrzeliłam. Nieznajomy zaczął zabierać do siebie Johnnego, szarpnął go i rzucił jego głową w tył. Moje wachanie minęło wycelowałam jeszcze raz i strzeliłam.
Napastnika odrzuciło do tyłu a po chwili się rozpłynął, nagle moje drzwi się otworzyły i w drzwiach stanął pan Andrews. Odruchowo kopnęłam go w krocze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz