sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 6

   Obudziłam się w swoim łóżku i co najdziwniejsze w swojej piżamę. Dziewczyn nie było w pokoju, za to na łóżku Kasandry leżał Johnny. Oj, biedna Kasi będzie musiała zdezynfekować łoże. Głowa blała mnie jak cholera, ubrania które miałam na sonie poprzedniego wieczoru były elegancko złożone w kosteczke i położone na komodzie.
       Wstałam i z piskiem padłam na ziemie. Mój kręgosłup jakby został pogruchotany od środka, nie mogłam się ruszyć wszystko mnie bolało, każdy ruch nawet zwykłe podniesienie głowy do góry. John usłyszał moje piski i zerwał się z łóżka - No widzę że się wyspałaś ślicznotko- widać humor dopisuje mu od rana
- Taaa zwłaszcza jak ktoś potraktował mnie końską strzykawką- uśmiechnął się, podniósł mnie z ziemi i położył na łóżku
- Zaczełaś być agresywna, więc musiałem się jakoś obronić- on na serio lubi sie ze mną droczyć
- A ty jakbyś się zachowywał gdyby na twoich oczach nabito człowieka na włócznie?- zacisnął dłonie w pięści i odwrócił wzrok, najwyraźniej go to zabolało i dobrze, niech wie że ze mną się nie zadziera - Nie będziesz mogła się ruszać co najmniej przez jakąś godzinę muszę mieć pewność że upadli odpuścili poszukiwania na dziś - zaburczało mi w brzuchu, tak wiem stafką jest moje życie a ja o jedzeniu myślę
- Dobra, sprawy upadłych na bok. Jestem głodna czy pomyślałeś może, ty mój wybawco jak ja mam niby jeść?- to pytanie lub stwierdzenie rozbawiło go, oddalił się i po chwili wrócił z torbą ze starbucks'a w ręku
- Widzisz pomyślałem o tobie obżartuchu. Mam nadzieje że za to nie oberwe - dobrze jest w drugiej ręce trzymał kubek z tego co wyczułam to z gorącą czekoladą. No przez te cuś w strzykawie wyostrzył mi się węch, teraz Dakota nie zaprzeczy że używała mojego szamponu
- Wyjmuj co masz i mów co mi wstrzyknołeś.- Eter dietylowy w podwójnej dawce podany w kark - gdybym nie była geniuszem to za Chiny nie wiedziałabym co to
- Mam rozumieć że użyłeś środku którego używają gwałciciele?- po mimo bólu ugryzłam kawałek kanapki i czekałam na odpowiedź
- Nie zwałciłem Cię jeśli co o to chodzi. Ratowałem twoje ludzkie życie więc powinnaś mi dziękować - '' ludzkie życie'' poeta ze spalonego teatru się znalazł. Dalej jedliśmy w ciszy od czasu do czasu uslyszałam komentarz typu ''Na serio będę musiał po dźwig dzwonić'' ale nie zwracałam na to uwagi.  Ból z czasem malał a moja chęć umycia się po seksie z tym ważniakiem rosła. W końcu murzynek Bambo podał mi prochy przeciw bólowe i zaniósł do łazienki. Rozebrałam się i skoczyłam pod prysznic, chłodny strumień oblał mnie całą i ból zniknął zostało tylko przerażenie po poprzednim wieczorze. W pewnym momencie do łazienki wszedł Jo, muszę pamiętać by w końcu kupić ten zamek.  W jego ręku ujrzałam ręcznik i ubrania ciekawe co wybrał mój nowy ''stylista''. Cieszyłam się prysznicem jeszcze przez jakieś pięć minut i wyszłam z raju, mój wzrok powędrował odrazu w stronę kompletu jaki przygotował wybawca. Ruszyłam w stronę lustra, nie było tak źle jak wcześniej tylko siniak na obojczyku przeszkadzał, ale tu ujdzie.
Komplet wybrany przez Johnnego składał się z czarnych spodenek, bordowej bokserki, czerwonej koszuli w czarną kratę i czarnych converse'ów (o jak dobrze człowiek mnie zna) zaplątałam włosy w dobieranego i opuściłam królestwo Kasandry. Johnny siedział na łóżku zapatrzony w GPS'a
- Widzę że dobrze wybrałem skoro się jeszcze na mnie nie rzuciłaś - powiedział ze swoim słynnym uśmieszkiem na twarzy
- Cudem trafiłeś w mój styl, ale nie licz na to że uśpienie mnie ujdzie ci na sucho- wredna Blue wielki powrót
- Skoro się ogarnełaś to mogę ci już wszystko powiedzieć: Jest siódma rano, spałaś jeden dzień i za dwadzieścia minut masz wykłady. No... Teraz możesz mnie zjechać- nie no obiecuje jak będę miała broń w ręku to go rozstrzelam
- Jak to spalam dzień? Jak to jest siódma rano? Mówisz mi że dzisiaj poniedziałek?- wstał podszedł do mnie i wcisnał mi plecak do ręki
- Z tego co wiem w poniedziałki Andrews pozwala wam się ubierać jak chcecie, więc nie stresuj się mundurkiem - podszedł do mnie niebezpiecznie blisko, puścił oczko i wywalił mnie na korytarz. Poniedziałek, poniedziałek co ja miałam pierwsze... Acha, już wiem- Chemia- czyli lekcja z wychowawcą, dobra damy radę.
                                                                               ***
   Sala była powoli się na zapełniała. Z tego co pamiętam to miał do nas dojść nowy uczeń, narazie nigdzie nie było po nim śladu.
    Zajełam miejsce i do sali wkroczył pan Andrews ze swoją zmasakrowaną teczką pod pachą i kubkiem kawy w lewej dłoni. Uczniowie wstali z miejsc a profesor usiadł, zawsze tak było on siadał my wstawaliśmy jako wyraz szacunku czy coś tam
- Dzień dobry państwu- powiedział przystojniak za biurkiem i wszyscy usiedli.
Nim otworzyliśmy podręczniki rozległo się pukanie do drzwi i do środka wparował dyrektor a za nim wysoki Koreańczyk. Nasza klasa nigdy nie lubiła dyrektora i dlatego nikt nie wstał, najfajniejsze jest to że on o tym wie. Łysina stanęła na środku sali i przemówiła
- O to zapowiedziany przeze mnie nowy uczeń. Pan Alan Calesberg- nie ma ja mieć nazwisko takie samo jak nazwa piwa - Pewnie zastanawia was dlaczego nowy uczeń przychodzi pod koniec roku - ja na łysinke przystało przemówienia darować sobie nie mógł
- Zatem odpowim wam na to pytanie: Alan miał problemy w poprzedniej szkole, ale bardzo dobre stopnie. Dlatego do nas trafił - czy tylko według mnie ta wypowiedź nie miała zbytnio sensu? Wypowiedzi dyrektora trwały do końca zajęć, nowy znalazł sobie miejsce na końcu sali. Był przystojny i dobrze zbudowany, jego oczy i włosy były koloru czekolady, cerę miał delikatną i bladą jak na moje oko miał około metra dziewięćdziesiąt wzrostu. Gdy zajął miejsce na sali zaczęły się rozmowy, głównie ze strony dziewczyn czyt. Zofia i jej dwórki.
Zaczeła się przerwa, Alan został chwilę w klasie a ja z Jordanem zajeliśmy ławkę na zewnątrz
- Dalej nie mogę uwierzyć w to że jesteś na psychologii- rzekłam a on popatrzył na mnie
- Jestem od ciebie starszy i psychologia mnie kręci. Zamknij się i dawaj info o świeżynce - dwa lata różnicy i on uważa się za dorosłego, niech nie zapomina kto go wszystkiego nauczył
- A więc... Nazywa się Alan Calesberg, pochodzi z Korei i jest taki słodki że poprostu zdycham- zmiękczyłam głos do tonu Zofii i zaczęliśmy się śmiać i wtedy podszedł do nas ucieleśniony temat, a my zamilkliśmy
- Z czego się śmiejecie? No? Dawajcie też chcę się pośmiać.- usiadł na ziemi i czekał na odpowiedzi - Nie uczono cię że najpierw trzeba się przedstawić?- skomentowałam jego ''nie kulturalne'' zachowanie
- Ach, wybacz mi tą pomyłkę piękna pani- jeszcze tylko ukłonu brakowało - Wybaczam, to jak się zwiesz, plebsie?- uniósł lewy kącik ust a na jego poliku ukazał się dołeczek
- Tak tak... Darujcie sobie te wychowane gadki. No świeżynko opowiadaj co tu robisz.- Jordi podał mu rękę i pochłonęła ich rozmowa, o tym jak najlepiej zakradnąć się do damskiej szatni... Pfff muszę znaleźć sobie bardziej ''normalne'' towarzystwo.
A tu ni skąd ni znikąd na horyzoncie pojawia się Dakota z Ray'em... Bóg mnie jeszcze kocha
- Hej diablico!- krzyknął chłopak mojej współlokatorki i ruszyli w moją stronę
- Hej Blue. Co słychać?- standardowe przywitanie Dakti
- Daje radę mimo męskich gadek o cyckach i waginach - pokazałam palcem na dwóch zboczeńców plotkujących obok
- Hihi, gdzieś wybyła w sobote? Wiesz jak fajnie było?- przytuliła Ray'a bym domyśliła się o co chodzi
- No nie wiem, opowiadaj chętnie posłucham. Reszta też- pokazała mi język i odeszła wraz ze swoim księciem. Zadzwonił dzwonek i poszliśmy na zajęcia.
    Do końca wszystkich zajęć głosom nauczycieli towarzyszyło plotkowanie o Alanie i o tym jakby cipka Zofii eksplodowała tęczą podczas seksu z nim (przynajmniej ja tak to zrozumiałam).
     Dzisiejszy wieczór spędzę na uczeniu ludzi o przeciętnej inteligencji czyt. Tych którym rodzice zapewnili normalne dzieciństwo. Z tego co mnie powiadomiono dzisiaj miałam mieć kogoś nowego. Mrrr świeżynka, nawet nie wicie jak się cieszę. Pojechałam pod adres jaki dostałam na pocztę, oczywiście swoim ścigaczem co by nie było. Domem mojego ucznia była ogromna willa z wielkim podjazdem i dwuskrzydłowymi drzwiami wejściowymi, weszłam elegancko po schodkach a potem do środka i po schodach na górę itd. Dobra nie będę opisywać drogi do pokoju głównie z mojego styrania po całym dniu.
Weszłam do pokoju i nie wierzyłam w to kogo tam zobaczyłam -Alan- w swej boskiej okazałości siedzi przy biureczku i czeka sobie na mnie. Zamknełam drzwi a on spojrzał na mnie i tylko się uśmiechnął
- Z tego co pamiętam rodzice mieli mi załatwić korepetytorkę a nie sukę - pełna kulturka nie ma co
- Alan standardowo bez przywitania. Siadaj i zaczynamy chcę to jak najszybciej skończyć. - tak wiem skojarzenia się wam włączyły, wiem
- No więc jak mam się ułożyć?- zdzieliłam bo w twarz i siedliśmy do nauki. Nie mineło półgodziny i zasypiałam, tak spałam wcześniej cały dzień i dalej byłam śpiąca
- Moze skończymy to kiedy indziej, co? Widzę że ciebie to bardziej nudzi niż mnie- boże jaki on troskliwy aż się stać tęczą chce
- No dobra. Tylko zapamiętaj to co było dzisiaj bo Andrews jutro pewnie coś odwali- wkładałam książki do plecaka gdy Al wziął mnie za ręce i spojrzał głęboko w oczy
- Jesteś piękna, wiesz? Zazdroszcze twojemu chłopakowi - się azjacie wzięło na flirty, ale co mi szkodzi byle bez całowania
- Tyle że ja nie mam chłopaka- zrobilam krok ku niemu dla podkreślenia
- Piękna i mądra i do tego singielka. Chciałabyś przestać nią być?- złapał mnie w tali i przyciągnął do siebie
- Nie wiem przekonaj mnie do zmiany statusu- zarzuciłam mu ręce na szyje i wygiełam się lekko do tyłu a on przytulil mnie do siebie i zaczął całować po obojczyku. Stenełam na palcach i spojrzałam przez jego ramię na otwarty balkon, zamarłam, w drzwiach stał John w ręku trzymał włócznię i raczej nie był zadowolony z tego co widzi. Wyrwałam się z objęć barczystego i ruszyłam do wyjścia, tak bez słowa z przerażeniem wraz z wkurwieniem na twarzy. Co mi szkodziło i tak płacił przelewem. Wybiegłam na podjazd, Jo już czekał oparty o ścigacz. Ramiona miał skrzyżowane na piersi a wzrok utkwiony w podłożu, odepchnęłam go i zabrałam El
- Gdzie tak pędzisz?!- krzyknął
- Nie będę z tobą gadać. Co ty w ogóle tu robiłeś? Jesteś jakimś popierdolonym szpiegiem czy co?- zatrzymał mnie a ja cisnełam w niego kaskiem
- Zostaw mnie z łaski swej!- wsiadłam na motor i odpaliłam silnik, Johnny coś jeszcze do mnie gadał, ale kask zachamował jego słowa, żwir zaszeleścił pod oponami i brnełam do przodu wywracając przy tym bambusa.
W drodze powrotnej pedziłam przed siebie rozmyślając jak chłopak znalazł się w domu i po chuj tam był. W pewnym momencie zaczełam tracić prędkość i El zaczeła kaszleć. Pięknie po prostu -benzyna- czyli utknełam na jakimś zadupiu. Najbliższa stacja była ok. 20 km od tego miejsca, nie chciałam zostawiać El samej (tania to ona nie była) a jej kradzież byłaby dla mnie tragedią, ponieważ była i jest jedyną rzeczą jaka została mi po rodzicach. Dookoła zapadł zmrok a światło księżyca zza chmur oświetlało asfalt, zero wiatru tylko piach skrzypiący pod oponami i bicie mego serca. Nagle słyszę kroki za sobą
- Chyba mówiłam że masz mnie zostawić, Jo- odwróciłam się a zamiast niego stoi jeden z upadłych, jego powłoka ma czarny migoczący odcień i trzyma na smyczy wilkołaka, po chwili słyszałam szmer w krzakach i wychodzi z nich jeszcze dwa zjawo- mieszańce. Otoczyli mnie i chuj umrę, o jedną sukę na świecie mniej. Zbliżali się do mnie a miecze w ich dłoniach są wyciągnięte ku mnie. Padłam na kolana z myślą '' Na co kurwa czekasz zabij mnie!'' nic nie da się już zrobić... Chwila, Blue po cholere dramatyzyjesz? Pamiętasz czego uczyła Cię mama? Bez jaj...Magia, energia teraz juz wszystko pamiętam. Zbliżyłam do siebie dłonie, oczyściłam umysł i przeszłam przez punkty czakramów, cała magia jaką w sobie miałam pojawiła sie teraz w moich dłoniach... Mieniła się kolorami tęczy czułam tą siłę i usłyszałam szybkie bębnienie stóp o asflat jeden z upadłych biegł w moją stronę z ostrzem wycelowanym w moją stronęl. Był coraz bliżej, gdy był już od długość ostrza ode mnie wypuściłam w niego całą magię jaką zebrałam w jednej ręce, napastnik rozpłynął się w mgenieniu oka, za to drugi ruszył w moją stronę i zginął jak jego poprzednik. Czułam że słabne wtedy trzeci z ekipy upadłych wypuścił na mnie ''psa'' z jego pyska na boki chlapała krew a czarne ślepia chciały tylko mnie zabić, nie miałam sił i wtedy pojawił się John i uratował sytuację pozabijał wszystkich itd.
   Byłam wycięczona wszystko rozpływało mi się przed oczami ostatnie co pamiętam to wielki wilczy łeb padający przede mną dalej nastała ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz