środa, 9 lipca 2014

Rozdział 8

                                                              Johnny
     Spała w moich ramionach. Nie protestowała, nie wyrywała się po prostu leżała w moich ramionach.
      Wyglądała tak spokojnie, że nie mogłem uwierzyć że to ta sama Blue. Była wtulona w moją klatkę piersiową, a jej głowa unosiła się i opadała wraz z moim oddechem. Nie spałem prawie całą noc, leżałem i cieszyłem się chwilami w których nie byłem wyzywany od bambusów itp. Z czasem jej drgawki wracały budząc mnie przy okazji, wtedy mocno przytulałem ją do siebie i za pomocą magii odganiałem złe sny.  Zdażył sie moment w którym runy nie pomogły, wtedy musiałem wniknąć do jej snu i uratować jej tyłek jak zawsze.
-Spierdalaj!!- krzyk Blue rozniósł się echem wśród ciemności
- Odpierdol się ode mnie! Nie mam hajsu!- wtedy ruszyłem biegiem, kierowałem się głownie jej głosem. W końcu dotarłem na miejsce. Był to stary śmierdzący zaułek, para wydobywała się z krat kanalizacji a jedna lampa oświetlała przestrzeń. Blue stała właśnie pod nią i krzyczała na pustą przestrzeń. Domyśliłem się o co chodzi, chociaż pierwszą moją myślą było że zbzikowała od ćpania, ale nie. Skupiłem energię i przeszłem przez punkty czakramów aż w końcu go ujrzałem
- Upadły w półludzkiej postaci- dlaczego tylko ona go widziała? Tego nie wiem.
Wyciągnołem pistolet z paska od spodni i wymierzyłem w potwora. Nic. Jakby tego nie poczuł. Upadły chwycił ją za koszule i podniósł do góry a chwilę później wysysał z niej ludzką energię. Nie wiedziałem co robić, w panice chwyciłem sztylet znajdujący się na mojej kostce i rzuciłem mu w łeb. Nic. Sztylet przeszeleciał przez niego i trafił w Blue. ''O, kurwa co ja zrobiłem?!'' pomyślałem, nie kontrolowanie rzuciłem drugi sztylet w brzuch, na moje nie szczęście znów nic się nie stało i znowu ucierpiała dziewczyna. Upadły z przeraźliwym wrzaskiem zostawił ją i ruszył sprintem w moją stronę. Miałem dość wyjąłem miecz i przeciołem go na pół, tym razem podziałało. Pobiegłem do diablicy. Leżała na ziemi a krew sączyła się z jej ran, cudem dalej żyła lecz była nie przytomna. Po sztyletach nie było śladu, zostały tylko otwarte rany, nie wiadomo jak z moich oczu poleciały łzy
 - Boże, Blue tak mi przykro. Ja, ja przepraszam...- plakałem bez opamiętania, ale kurwa jak to się stało?! Nigdy nie płakałem, nigdy.
Oczy mojej ofiary otworzyły się, lecz nie były już niebieskie, były całe czarne a jej ciało zmieniło się. Jej opalona cera jakby zgniła i ukazując przy tym zarys mięśni, a w niektórych miejscach kości. Nie mogłem uwierzyć że to się stało, pozostało jedno: Obudzić ją.
Wróciłem do swojego ciała i zacząłem budzić tą sukę. Potrząsałem jej ramionami, uderzałem, walnąłem jej też w twarz nic,
- Blue kochanie, wstawaj. Nosz, pierdolona kurwo wstawaj!- żadnej reakcji, chociaż wiedziałem że to zaboli to... Pocałowałem ją, ale w kącik ust więc nadziei sobie nie róbcie. Obudziła się. Wraz z jej przebudzeniem dostałem chyba najsilniejszego plaskacza w życiu
- Co ty kurwa robisz?!- wrzasneła
- Ratuje ci życie ja zawsze- to będzie bolało
- Jak do jasnej anielki całowanie ma mi uratować życie?!- uderzenie
- Nie moja wina że chorujesz na niedobór snu. Opowiem ci wszystko rano teraz śpij, kochanie.- znów dostałem w twarz aż w końcu się uspokojiła i zasnęła.
        Przysięgam jeśli jeszcze raz będę musiał ją budzić to ją utopie, obiecuje.

                                                             Blue
       Kto temu idiocie pozwolił mnie całować, co?! I ta gadka ''Ratowałem ci życie jak zawsze'' a niech se je kurwa ratuje. Świat i tak by za mną nie płakał. Jak mu stanął od przytulania to jego problem, ale to nie powód do całusa, no proszę was.
        Sny i wspomnienia przez pozostałą część nocy nie wracały. Obudziłam się tylko raz by upewnić się że żyję. Był już świt czyt. 10 rano, ale dla nas wszystkich to norma. Nie wiadomo jakim cudem znów znalazłam się w ramionach Johnnego, ale pieprzyć to ciepło było przynajmniej. Próbowałam się wyrwać z jego objęć, lecz zostaliśmy na etapie: Ja siedze a on obejmuje mnie w pasie, ale mniejsza z tym. Przetarłam oczy i odgarnełam oczy do tyłu, Jo dalej spał oraz zaczął wtulać się w mój bok jakby był kotem
- Co ty kotem jesteś? Wstawaj Bambo- uderzyłam go pięścią w brzuch i odrazu ustawił się w pionie
- A to za co było?- mówiąc to ziewnął
 - Bawiłeś się w mruczka a po za tym ośliniłeś mi biodro- pokazałam palcem w dół a on skomentował
- Tego palca wiesz gdzie se możesz wsadzić. Teraz rusz to cielsko bo jedzenie czuje- wstał a ja z przyjemnością kopnełam go w dupe kiedy wychodził z namiotu.
     Na zewnątrz Jordan z pomocą chłopaków przygotowywał śniadanie. Dziewczyny siedziały i plotkowały a Isabel dopiero wychodziła z nory. Nasza dwójka usiadła na kocu obok ognia
- No widzę że macie rozejm.- odezwał się Jordan
- A w ogóle słyszeliście krzyki w nocy?- temat dnia od Jacka Mind
- Widać rozejm bardzo został zawarty- chłopaki zaczęli się śmiać a ja patrzyłam na nich jak na debili.
Po wszystkich śmiechach, hihah itp. nareszcie zaczęliśmy jeść a po śniadaniu ruszyliśmy nad jezioro. Mam dużo wspomnień z tego miejsca, ja i chłopaki pływający tu nocą parę razy zdążyło się nago, wrzucanie ubrań Marka do wody i bicie go wiosłami, było pięknie. Przebraliśmy się w krzakach i z rozbiegu wskoczyliśmy do wody. Słońce paliło jak diabli a woda idealnie chłodziła nasze ciała. Pływaliśmy i skakaliśmy z wielkiej skały znajdującej się obok pomostu. Nasza kąpiel trwała cały dzień. Około godziny dwudziestej rozłożyliśmy się na brzegu. Atmosfera była dziwnie napięta, wszyscy milczeli i patrzyli ślepo w taflę jeziora, Isabell wzięła głęboki oddech i przemówiła
- Dobra, ludzie trzeba jej to w końcu powiedzieć- wzrok pozostałych skierowany był ku niej gdy to mówiła i po chwili wszyscy podjęli temat
- Dobra to kto mówi pierwszy. Jo.- rzekł Chris
- Co dlaczego ja? Wy ją dłużej znacie.- uniósł ręce do góry w znaku desperacji
- Wiesz, ona ciebie i tak nie lubi i już dużo razy od niej oberwałeś, więc odpowiedź sama się nasuwa- Johnny palnął się dłonią w twarz i bronił się dalej
- Isabell ty miałaś z nią pogadać. No spełnij obietnice- wkurzona w końcu powiedziałam
- Możecie przejść do rzeczy, bo mi się kiełbasa pali- wszyscy jednocześnie wzięli głęboki oddech i Is przemówiła
-Blue jestem twoja kuzynką to już wiesz, ale jest jeszcze coś- zawachała się
- Jestem księżniczką dawnego Tirror Blood, a ty... jakby to powiedzieć... Jego przyszłą władczynią - oniemiałam, ale teraz słuchałam wypowiedzi Jacka
- Jak wtedy spałaś u nas w warsztacie to my wiedzieliśmy co sie naprawdę stało - kuźwa kącik szczerości od siedmiu od boleści
 - I jesteśmy wilkołakami - szczęka mi opadła kiedy usłyszałam to co powiedział Ray
- To znaczy... Nasza czwórka to pół wilkołaki, a Kasi, Dakota i Jordan są pełnokriwste -dziewczyny rozglądały sie na boki kiedy to powiedział, co oznaczało że mówi prawdę.
- Jestem jakąś pieprzoną władczynią? Wy jesteście popierdolonymi wilkołakami?! A on kurwa kim jest?- wskazałam reką na Bambo. Nie mogłam uwierzyć w ich słowa... Jak do kurwy jasnej mam władać czymś co nawet nie istnieje... Wiem naćpali się i gadaja głupoty, napewno to tylko grzybki halicynki... Nic strasznego.... Z konferencji z samą sobą wyrwała mnie Isabell
- Blue to wszystko prawda. Sama zobaczysz, dzisiaj pełnia. - trzymajcie mnie bo jej przywale za ten spokój
- A ty kim jesteś? Wróżką czy pojawi się tęcza i przyniesiesz garnek złota, skrzacie?- widziałam zaskoczenie w jej oczach
- Ja skarbie jestem aniołem, a skrzaty nie istnieją nie wiem kto ci takich głupot nagadał- wykrzywiła usta w ''złowieszczym'' uśmiechu
- Lepiej posłuchaj co ma ci do powiedzenia Johnny. Wy lepiej też posłuchajcie, bo to bardzo ważne - kiwneła głową w stronę chłopaka, on wziął głęboki oddech i ze wzrokiem utkwionym w ziemi mówił - Blue jest... Takim jakby mieszańcem... To znaczy... Dobra, jest pół upadłą pół aniołem. Widać to po jej snach i zachowaniu. - wszystkich zatkało
-Jeszcze jestem jakaś nawiedzona.- palnełam niekontrolowanie
- Widzicie mówiłem że to diablica- komentarz Ray'a był jak najbardziej trafiony
- To nie jest zabawne, chociaż bym dyskutował.- słowa Jo uciszyły nabijanki chłopaków
- Czyli kto był kim kiedy ją spładzali?- wzrok ekipy skupił się na Kasandrze
- No, skoro jest pół aniołem, pół upadłą i pół człowiekiem. To ktoś musiał jej te geny dać co nie?- nienawidzę jej logiki, ale blondyna dobrze gada. Jo poprawił się i spojrzał wprost na mnie
- Suczko, twój tata był upadły a matka była pół aniołem. Dlatego jesteś w którejś tam części człowiekiem.-uniosłam brew i przetworzyłam tą informacje
- Aha, czyli moja matka pieprzyła się ze zgniłym czymś...-  Isabell patrzyła się na mnie jakby chciała mnie zjeść
- Słuchaj Blue, wiesz jak wyglądał twój tata jako człowiek. To jak wyglądał nazywa się  zmianą natury.- raczej sama bym się domyśliła ale dałam jej się wykazać ''doświadczeniem'' czy jak kto tam nazwać
- Dobra ludzie koniec tej gadki księżyc się zbliża. Blue idziesz z nami czy jak?- podniecony Jordan wstał z koca
- Okej. John nauczysz jej szybko zmiany formy czy ktoś ma ją wziąć na grzbiet?- wraz z bambusem spojrzeliśmy szybko na siebie
- Ja... Ja wsiąde na Jordana jeśli to nie problem- jak powiedziałam tak się stało. Księżyc pojawił się na niebie świecąc z nie wiarygodną siłą. Chłopaki zaczęli się zmieniać, ich ciało zaczęło obrastać sierścią, twarze wydłużały się a zamiast dłoni i paznokci pojawiły się łapy i pazury. Bracia urośli i poruszali się na dwóch łapach, a Jordan z dziewczynami byli dwa razy tacy jak normalne wilki. Widok nie do opisania mówię wam. Zmierzałam już ku Jordanowi gdy John mnie zatrzymał - Umiesz jeździć?- miał racje nie umiałam nic
-Kurw... Nie.- przepuścił mnie a potem szedł za mną. Zatrzymaliśmy się przed Jordim, jego grzbiet sięgał mi do ust, a mam stosiedemdziesiąt cztery centymetry wzrostu więc do niskich nie należę. John wrzucił mnie na wilka a potem posadził się za mną
- Nie będzie mu za ciężko?- spytałam
- Powiedział że gorsze rzeczy wiózł na grzbiecie- też mi odpowiedź. Po paru minutach ruszyliśmy, pierw powoli i coraz szybciej, w końcu gnaliśmy przez las wymijając drzewa i skacząc przez pnie. Trzęsło mną i zaczełam się zsuwać, przytrzymałam się mocniej sierści ale gówno to dawało. Zaskoczył mnie nagły dotyk rąk Johnneg zaciskający się na moim brzuchu i jego nogi lekko przytrzymujące moje
-Teraz nie spadniesz więc nie wyrywaj mu sierści.- spojrzałam na swoje dłonie, były nie dość że obolałe to jeszcze w wilczym owłosieniu. Jechać na wilczym grzbiecie to nie samowite uczucie zwłaszcza kiedy biegną obok was jeszcze inne wilki. Wybiegliśmy na pole i spotkaliśmy inną watahę, która dołączyła do naszego ''spacerku''. W końcu znaleźliśmy się znów na terenie obozowiska. Schodząc z Jordana ujrzałam widok któregoś z braci stojącego na skale i wyjącego do księżyca.
Zakochałam się w tym widoku i przypominało mi się że już widziałam ten widok w dzieciństwie kiedy rodzice zabierali mnie na biwak. Tata zawsze skądś sprowadzał wilka i mnie na niego wrzucał a potem siadał za mną, po przejażdżce przychodził do nas wujek Justin i jedliśmy pianki przy świetle księżyca potem wujek odchodził i nie wracał do następnego biwaku. Ze wspomnień wyrwała mnie Dakota
- I jak ci się podobało?
-Było zajebiscie.
- Chciałabyś to powtórzyć?
- No pewnie, ale bez Jo za mną.
- No widziałam jak się w siebie wtuliliście
- On tylko pomogł mi nie spaść.
- Tak jasne. Dobra młoda spać, bo jutro polowanie.
- A wy gdzie lecicie?
- Na kolacje i jeszcze pobiegać. Bez ładunku. Ale spokojnie Johnny się tobą zajmie.
- Dobra, dzięki. Pa
- Papa Blue Smith.
Ucałowała mnie a ja z obrzydzeniem przyjełam jej słowa. Wszyscy pobiegli a ja zostałam sama z Johnnym - znowu. Mój opiekun wrócił z chrustem w rękach i wrzucił go do ogniska
- To co królewno. Wstawaj a pokaże ci coś pięknego- powiedział i powlókł mnie za sobą na skałe. Usiedliśmy a on zaczął wyjmować z kieszeni jakieś rękawiczki
- Po chuj ci one?- zapytałam
- Pomagają skupić energię. Nic nie mów, tylko patrz. - i tak nie zamierzałam dużo mówić, ale chętnie zobacze co on potrafi.

                                                           Johnny
    Postanowiłem pokazać Blue jak wygląda magia. Zabrałem ją na skałe i kazałem siedzieć cicho i tylko patrzeć.
     Założyłem specjalne rękawice i zacząłem spektakl. Skupiłem energię i wypuściłem przed siebie. Magia pojawiła się przed naszymi oczami w różnych barwach. Za pomocą gestów uformowałem z niej jeden wielki obłok. Najpierw jedna garść potem druga i trzecia, aż w końcu powstał wielki ryczący lwi łeb. Usta Blue uformowały się w ''wow'' a jej oczy były wypełnione zachwytem i ciekawością. Nie wytrzymałem i zrobiłem coś za co mi się oberwie. Wziąłem ją za rękę i pomogłem wstać, nie protestowała. Przysunąłem jej ciało tyłem do mojego i splotłem nasze dłonie - Skup się teraz na magi którą masz w sobie i zrób to samo co podczas walki z upadłymi. Tylko włóż w to mniej energii- szepłem a ona posłuchała. Po chwili obok lwa pojawił się tygrys o takich samych kolorach co jego poprzednik. Wypuściłem jej dłonie z moich i jednym ruchem zabrałem obydwa obrazy i wurzyciłem przed siebie. Rozbłysk był ogromny, dwie potężne energie zamieniły się w pył spadający powoli na taflę jeziora. Blue odwróciła się do mnie, szykowałem się na cios, ale ona zamiast tego zarzuciła mi ręce na szyje i wtuliła twarz w moją szyje, odwzajemniłem uścisk. Po paru minutach uścisk rozluźnił się a dziewczyna odsunęła sie lekko ode mnie - Dziękuje że mi to pokazałeś- powiedziała, ludzie jej coś zaszkodziło chyba - Kiedyś trzeba było- odpowiedziałem i spojrzałem na nią. Jej błękitne oczy w świetle księżyca wydawały się szare. Zbliżyła się do mnie a nasze twarze były centymetr od siebie.
    Chciałem ją pocałować, gdy nagle rozległ się szmer wśród drzew. Szybko odsuneliśmy się od siebie i mogłem już na zawsze zapomnieć a powtórzeniu minionej chwili.

                                                                 Blue
        Nie wiem jakim cudem ale wtuliłam się w niego sama z siebie. Prawie się pocałowaliśmy gdyby nie ten dźwięk w krzakach to nie wiem co by było.
         Klepłam go przyjacielsko w ramię i poszłam do namiotu, on zaś został ze sztyletem w ręku. Szmer był coraz głośniejszy, chwyciłam gałąź i czekałam na atak. Dźwięk zbliżał się aż w końcu ucichł i zza krzaków wyłoniła się Isabell. Oczy wyszły mi z orbit
- To są jakieś jaja- odezwał się Jo
- Pojednało cie? Wystraszyłaś nas.- powiedziałam
- Ja byłam tylko w sklepie po jedzenia na jutro.- rzekła Is
- Ja idę spać. A wy tam róbcie co chcecie.- jak powiedziałam tak zrobiłam i weszłam do namiotu. Na zewnątrz słychać było głosy Jo i Is, ale nie zwracałam na to uwagi myślałam tylko o tym jak niesamowite było to co pokazał mi chłopak, ten lew i jeszcze mój tygrys to było boskie. Myślałam też jak miło było w ramionach Johnnego i dlaczego do kurwy nędzy go przytuliłam. Po chwili Bambo pojawił się w namiocie i położył sie po swojej stronie, pogrążył się w śnie a ja zrobiłam to samo.
Następnego dnia musieliśmy już wracać z powodu pracy Jordana i braci. Isabel wracała z dziewczynami w aucie, ponieważ John chciał jeszcze ze mną o czymś pogadać. Po spakowaniu się wyruszyliśmy w drogę. Powiem szczerze tęskniłam za Audi Johnnego, wygodnie się w nim siedzi i ogólnie lubię takie autka. Johnny przez pół drogi tłumaczył mi dlaczego nie spotkaliśmy upadłych w ten weekend i wyszło na to że zapach wilków jest dla nich odrażający, czyli muszę łazić albo z dziewczynami albo z kępkiem sierści przy kluczykach. Resztę drogi słuchaliśmy muzyki i śpiewaliśmy obyło się bez wyzwisk i przekleństw. Chyba zaczynałam go lubić.
     Szczęście nie trwało długo. Zadzwonił do mnie pan dyrektor i powiedział że wszystko co miałyśmy w pokoju zostało wyniesione i spalone na parkingu stacji gdzie pracowali bracia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz