niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział 7

   Ocknęłam się na starej śmierdzącej kanapie w warsztacie barci Mind, przykryta jakąś kurtką. Chłopaki na serio mogliby w końcu wymyć tą kanapę.
       Z pozycji leżącej przeszłam do siedzącej, przetarłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Pomieszczenie było puste i dalej śmierdziało pizzą, ten zapach przypomniał mi że od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam. Spojrzałam na telefon dochodziła godzina trzynasta, tak wiem geniuszka miała telefon a nie zadzwoniła po pomoc drogową - mądre nieprawdaż? Zaczełam ubierać buty gdy do środka wszedli bracia
- Dzień dobry królewno jak się spało?- uśmiechnięci jak zawsze i standardowo ubrani w swe jeansowe kombinezony
- Królewno? Myślałam że to mnie główka boli- postukałam się po czole palcem
- Dobrze jak wolisz, Diablico powiedz jakim cudem ty zaliczyłaś glebę wieczorem?- jaką glebę do cholery ich na serio coś boli, ja przecież... Acha, rozumiem Jo im naściemniał
- Nawet tym pięknym zdarza się upaść. Nie wiedziałeś?- podeszłam do nich i przytuliłam każdego po kolei, następnie ruszyłam do pokoiku gdzie trzymali jedzenie. Pokoik była malutki jakieś pięć na pięć metrów w skład jego wyposażenia wchodził stół, szafki, dwie lodówki, zamrażarka, telewizor oraz balt. Otworzyłam lodówkę i wyjełam z niej paprykarz następnie z szafki bułkę, a chłopaki tylko patrzyli jak wszystko wpieprzam. Dosiedli się do mnie i zaczełam ich wypytywać
- Co mówił wam John?- spojrzeli na siebie aż w końcu Jack przemówił
- Powiedział że znalazł cię kiedy wracał z Bostonu, leżałaś nie przytomna na drodze po wywrotce - chłopaki potwierdzili jego słowa potakując, skończyłam jeść
- Co jest z El? Powiedz że jest cała.- mówiąc to patrzyłam na Marka ponieważ on kochał ten ścigacz tak samo jak ja
- Oprócz kilku zadrapań i pustego baku nic jej nie było. Naprawiłem wszystko więc masz być zadowolona- pogroził mi swoim czarnym paluszkiem i puścił oczko, ja natomiast machnęłam na niego ręką pokazując przy tym język i wyszłam. Dziedziniec był pusty a zapach benzyny i męskiego potu unosił się wszędzie. Skierowałam się na tyły warsztatu, by ujrzeć moją biedną oraz porysowaną Elcie. Tyły otaczał wysoki drewniany płot przy którym akurat ''przypadkiem'' stał mój wybawca
- Co ty odpierdalasz?- zapytałam a on nawet nie spojrzał
- Wygladasz jak pedofil z pigułakmi gwałtu w kieszeniach- i nic zero spojrzeń, zero odzywek tylko jego klatka unosząca się podczas oddychania
- Widzę że perfekcyjny humor dopisuje- mówiąc to wzrok miał utkwiony w daleko pod ziemią
- Dobra nie marnuj mojego czasu i zsuń dupe- jak powiedziałam tak zrobił i weszłam na tyły czyt. Złomowisko. El stała tuż przy płocie odrazu zauważyłam zadrapania i to porządne. Najwidocznej wilk postanowił się zmienić w kotka i rozprostować pazurki. Gdy na to patrzyłam czułam kujący ból w brzuchu. Będę musiała znów rozstać się z El na kilka miesięcy
- Przepraszam- zabrzmił głos za moimi plecami
- Ty za co niby?- spiorunowałam go wzrokiem
- Kiedy ty padłaś nie przytomna na ziemię ja walczyłem z wilkiem, jego przemiany były nie stabilne i kiedy probowałem go odciągnąć zahaczyłem końcem miecza o ścigacz, a cała reszta to wina pieska- spojrzał na mnie wzrokiem zagłodzonego kota a ja na niego jak na debila
- Co ty pierdolisz? O ja miło ty płacisz za wszystko - już chciał coś powiedzieć, ale główną rolę w tym momencie odegrał mój środkowy palec i niecny uśmieszek.
                                                                      ***
     Pozostała część tygodnia nie przyniosła żadnych ataków lecz prześladowanie mnie przez Johnnego. Wracałam do apartamentu kiedy zauważyłam ruch w krzakach
- Ja pierdole kiedy ty się w końcu odczepisz - w tym momencie zza krzaków wyłonił się Alan
- Raczej mamy razem zajęcia więc trudno będzie się nie spotykać- wywróciłam oczami
- Sory pomyliłam cię z kimś- przeczesał palcami i podszedł do mnie
- Mówisz o tym dziwnym gościu który był u mnie na balkonie?- złapał mnie za ręce i delikatnie jeździł kciukami po ich wierzchu
- Że co? Kurwa... Skąd wiesz że tam był?- uśmiechnął się lekko. Kuźwa znów te pieprzone dołeczki
- Chwile potem jak wyszłaś chciałem zamknąć balkon, a on tam stał i powiedział ''ładnie tak wykorzystywać nastoletnie prostytutki?'' po czym pomachał i skoczył i tyle go widziałem- przytulił mnie
- Nie boisz się że twoje fanki zaraz tu wkroczą i cię wykastrują?- zarzuciłam mu ramiona na szyję i czekałam na odpowiedź, ale on milczał i coraz mocniej mnie do siebie przyciskał. Ja pierdziele, S.O.S człowieku ja się duszę!! Chyba usłyszał moje umysłowe błaganie o pomoc, bo rozluźnił uścisk. Odchylił się, spojrzał mi w oczy i czar prysł. Jego oczy zabarwiały się na czarno a kły zaczęły się wydłużać, czułam jak jego paznokcie stają się szponami i wbijają się w moje plecy. Nie miałam drogi ucieczki, wyrywałam się, kopałam, krzyczałam i nic gówno to warte. Pogodziłam się z co miało się teraz stać i wtedy Alan mnie puścił, chciałam uciekać ale on trzymał mnie za ręce
- Ej, Blue co jest? Wszystko gra?- zaczoł masować moja ramiona
- Ej, spokojnie moich fanek tu nie ma - przyjrzałam się jego twarzy oczy miał normalne i zęby też, ani śladu po opentaniu.
- Puść mnie i się odpierdol. Znajdź se dziewczynę i ogólnie przyjaciół. Widzimy się na korkach. Nara- chciał mnie zatrzymać, ale walnełam go w twarz i pobiegłam.
      ''Co tu się kurwa dzieje?!'' krzyczałam w myślach. Biegłam ile sił w nogach, przez hol i korytarze, aż do  pokoju. Zatrzasnełam za sobą drzwi z całej siły i padłam na kolana. Trzęsłam się inogi odmawiały mi posłuszeństwa, siedziałam na ziemi bujając się jak nie dorozwuj. Spróbowałam wstać, cudem mi się udało. Mając galarete zamiast nóg zaczełam przeszukiwać pokój, wszystko co wpadło mi w ręce lądowało zaraz na podłodze.
Zdemolowałam cały pokój, nigdzie nie znalazłam prochów ani jointów, ekstazy kurwa też nie było. Mam dość. Siedziałam w łazience pod zlewem i zastanawiałam się co zrobić. ''Zero dragów'' te słowa bez przerwy siedziały w mojej głowie. Wyjmowałam już żyletkę, gdy w głównym pomieszczeniu usłyszałam kroki. '' Pieprzyć wszystko, mam dość'' i przejechałam ostrzem po przedramieniu. Ulga jaką niósł strumień krwi nie odwiedzała mnie już od dawna, podniosłam się i zamknełam drzwi na zasuwe. Kolejna rana i jeszcze większa ulga. Chwilę później rozbrzmiało pukanie do drzwi i głos Johna po drugiej stronie ''Blue jesteś tam?''. Niech on da mi w końcu spokój! Jego krzyki zagłuszały moje myśli, więc się wyłączyłam. Jo walił w drzwi cały czas, ale docierały do mnie tylko głuche i ciche bębnienie. Już nic się nie liczyło.

                                                          Johnny
   Weszłem do pokoju dziewczyn i usłyszałem dźwięk zasuwy. Zapytałem czy ktoś jest w pokoju i cisza. Kurwa... Przecież widziałem że tu wchodziła. Chciałem już wyjść, gdy usłyszałem cichutki pisk. Podeszłem pod drzwi, zapukałem- nic, walnąłem jeszcze raz z całej siły ''Blue jesteś tam?'' - nic. Biłem pięściami w drzwi, krzyczałem aż odpuściłem. Odsunąłem się od drzwi i przeszłem z ludzkiej formy do zjawy. Po sekundzie już byłem po drugiej stronie drzwi, wróciłem do ludzkiej formy i widziałem ją.
    W jednej dłoni trzymała zakrwawioną żyletkę, a drugą ręką była pocięta. Krew lała się z ran. Nie wiedziałem co mam robić. Na szybko sięgnąlem po ręcznik i za pomocą sztyletu pociąłem go na kawałki. Ująłem jej rękę i zatrzymałem krwotok, zabandażowałem i wziąłem ją na ręce. Za pomocą kamienia na mojej szyi przetransportowałem nas do mieszkania w Bostonie.
Mieszkanie było wmiare duże i dwu piętrowe, mając Blue na rękach ruszyłem do pokoju leczniczego. Położyłem ją na stole operacyjnym, wyjąłem sprzęt operacyjny i zacząłem operować. Rany wymagały oczyszczenia i zszywania wewnętrznego, wraz z zewnętrznym. Ma dziewczyna siłę i odwagę nie ma co. Żyły były wraz z mięsniami rozcięte a rana głęboka na centymetr, gdyby była zwykłym człowiekiem nigdy by nie przeżyła, ale była kimś wyjątkowym była Królową Dusz lecz przez geny ojca, Księżniczką Upadłych. Podłączyłem ją do EKG i podałem kroplówkę.
    Po wszystkim przetransportowałem ją do sypialni i dla własnego bezpieczeństwa, przeszłem do innego pokoju.

                                                                      Blue
    Pik, pik, pik... Powoli otwierałam oczy. Świat przed nimi był rozmazany. Pik, pik, pik...
    Powoli obrazy przed moimi oczami wyostrzały się. Pik, pik, pik... Podniosłam powoli głowę i rozejrzałam się po sobie, nie byłam ani w piekle, ani w łazience. Pik, pik, pik... Nigdzie nie widziałam krwi, nie było żyletki w ręce. Pik, pik, pik... Położyłam znów głowę na poduszce i zamknełam oczy. Pik, pik, pik... Nosz cholera jasna! Skąd bierze się to wkurwiające pikanie!?!?
Usiadłam i przeskanowałam teren. Byłam w czyjejś sypialni na czyjimś łóżku i w czyjimś T-Shirt. Przejechałam wzrokiem po rękach, miejsca które dotknęła żyletka były zabandażowane, w drugiej ręce miałam wenflon. Na klatce miałam przyklejone elektrondy, które podłączone były do stojącego obok łóżka EKG. Aaaa i wszystko jasne skąd docierało wkurwiające pikanie. Jednym ruchem zerwałam z siebie elektrody (nic nie bolało przysięgam) i wstałam z łóżka. Lustro znajdowało się nie daleko lustra, podeszłam do niego. Koszulka sięgała mi do połowy uda, widać posiadacz był fanem zespołu Aerosmith (już go lubię). Drzwi za mną otworzyły się i do środka tyłem wchodził męższyczna o szerokich barkach, uśmiech zniknął mi z twarzy kiedy się odwrócił -Johnny- ale gust do zespołów miał dobry
- Twoja twarz nie była twarzą którą chciałam zobaczyć rano - powiedziałam
- Dziękuję za te piękne podziękowania- dobry żart
- To że po raz kolejny uratowałeś mi życie nie oznacza, że mam ci dziękować- tak wiem  trzeci raz mi życie uratował, ale ja go nie lubie jasne
- Jak wolisz i tak kiedyś mi podziękujesz- wiedziałam że on jakiś chory. Po naszej jakże przyjacielskiej rozmowie zeszliśmy na dół do kuchni. Chłopak na schodach wyprzedził mnie i powiedział
- Dzisiaj masz bardzo ważne spotkanie.- wut?
- Jakie kurwa spotkanie do cholery?- schodziliśmy dalej po śnieżno białych schodach wprost do pokoju dziennego.
Salon był urządzony nowocześnie kuchnia tak samo. Lodówka wypełniona było po brzegi różnymi pysznościami, ale ja genialna zrobiłam tylko jajecznicę i naleśniki. Stół w jadalni był przeszklony a krzesła wokół niego obite białą skórą, usiadłam na jednym z nich
- Nieźle się tutaj urządziłeś. Gadaj ile zapłaciłeś?- palnełam
 - Dzięki i nie wiem ile to wszystko kosztowało, przyjeżdżam tu tylko kiedy mam ochotę- dobra teraz mnie dobił, ja bym tutaj mieszkała a nie wbijala kiedy mi sie za chce
- Blue słuchaj musimy pogadać- powiedział z bólem w oczach
- Zgwałciłeś mnie wczoraj i będziemy mieli małego bambuska?- szczerość
- Co?! Nie! Chodzi mi o ten twój wczorajszy wybryk- jak próbę samobójczą można nazwać wybrykiem? Dobra nie ważne. Kiedy zjadłam przeszliśmy do salonu, usiedliśmy na skórzanej sofie i zaczęliśmy pouczającą gadkę
- Powiedz dlaczego to zrobilas?- milaczłam, powiem szczerze bałam sie nie należe do ludzi dzielących się swoim bólem
- Od śmierci i tak nie uciekniesz więc wal prosto z mostu- przybliżył się do mnie i chciał mnie objąć ramieniem
- Dobra, dobra już powiem tylko mnie nie dotykaj- po jego uśmieszku wiedziałam że takiej reakcji oczekiwał
 Zrobiłam to ponieważ... To wszystko mnie wykańczało. Te wszystkie ataki, wizje, sny, upadli, wilki, ty, śmierć rodziców itd. Zawsze kiedy nie radziłam sobie z sytuacją brałam ekstaz lub kokainę... Kiedy tego brakło... Ciełam się. Za każdym razem tak głęboko jak teraz- słuchał mnie uważnie, jakby wiedział co czuję
- Gdybyś za każdym razem tak głęboko to robiła byś miała mnóstwo blizn.
-Pff... Opłaca się mieć dziwnych rodziców. Do Harvardu nie przyjmują nie zrwónoważonych psychicznie geniuszy.
- Czyli operacje plastyczne.
-Nie kurwa zapalniczka i dezodorant.
- Dlaczego zawsze używasz sarkazmów kiedy ze mną rozmaiwasz?
- Może u was w plemieniu tego nie było, ale u nas nazywa się to druga twarz.
- Jak ja jestem czarny to źle, ale jak Mind są czarni to dobrze?
- Oni zasłużyli na mój szacunek, ty jeszcze na niego pracujesz. Bambo.
- Jak wolisz. Czyli trzy krotne uratowanie ci tyłka się nie liczy.
- Może tak może nie, ale ujdzie w tłumie. Powiedz proszę gdzie masz bardzo fajne proszki?
- Wiedziałem że o to zapytasz. Trzymam je tutaj.
Schylił się i spod kanapy wyciągnął srebną aktówkę. Otworzył ją, w srebrnym skarbcu jeśli dobrze widziałam znajdowały się: tabletki ekstazy, kokaina, paczka jointów, marycha, amfetamina i zapalniczki, dużo zapalniczek, i do tego jeszcze Pistolet ASG Combat Zone P-911 LB. ''No nieźle'' pomyślałam i chłopak podał mi woreczek z koką.
Aktówka znów znalazła się pod kanapą. Wysypałam zawartość na stół i podzieliłam na dwie części, jedna dla Johnnego, a druga dla mnie. Wciągnęłam działeczkę i dalej rozkoszowałam się spokojem.
    Po godzinie byliśmy już w drodze do warsztatu. Z tego co kojarzyłam dzisiaj mieliśmy jechać na biwak. Autem Jo było czerwone Audi TT. W końcu odjechaliśmy na miejsce. Wszyscy już czekali na nas z torbami leżącymi przed nimi, Dakotka wraz z Ray'em jak zawsze zakochani (porzygam się zaraz) Kasandra flirtowała z Jordim, a reszta zajęła się sobą. Gdy podjeżdżaliśmy na twarzach wszystkich pojawiły się uśmiech i ulga. Migiem spakowali się do aut i ruszyliśmy w drogę. Podczas jazdy słuchaliśmy albumu Aerosmith- Toys In The Attic z 75 roku, on na serio ma dobry gust muzyczny. Siedzieliśmy w ciszy ograniczyliśmy się do ''Podgłośnij'' lub ''Otwórz okno'' aż w końcu on nie wytrzymał
- Chłopaki mówili że jesteś ze mną w parze- ten temat
- Niestety. Spokojnie postaram się nie skopać cię w nocy- pozwólcie że puszczę trochę światła na tę sprawę. A więc: na każdy długi weekend cała nasza paczka wyjeżdżała do Pensylwanii na biwak podczas którego spaliśmy chłopak z dziewczyną w namiocie (ze względów bezpieczeństwa), ogólnie ognisko szukanie wiatru w polu i takie tam.
- Mowiłeś coś o jakimś spotkaniu co nie?
- Też prawda. Więc: moja znajoma chciała się z tobą spotkać w Pensylwanii. Nie pytaj czemu bo nie wiem. Powiedziała że to bardzo ważne i koniecznie musicie się spotkać.
- Dobra. Ale będę suką więc nie rób sobie nadziei.
- Oczywiście. To przecież tylko druga twarz i tak masz tego dużo na twarzy.- zdzieliłam go pięścią w ramię i pozostałą część drogi śpiewaliśmy.
    Jak tak dalej pójdzie to założymy zespół niezły ma głos murzynek. Oj przepraszam Johnny.
                                                                    ***
        Rozłożyliśmy się w lesie jakieś sto kilometrów od granicy. Wszyscy mieliśmy na sobie wiosenne stroje ponieważ było trochę chłodno.
        Niestety nie chodziliśmy nigdzie. Powodem tego było zmęczenie po podróży i czekanie na koleżankę Johnnego. Chłopaki rozpalili ognisko, usadowliliśmy się dookoła niego i rozmawialiśmy. Spokoju jaki nastał przeszkodziły słoniowe kroki mojej nieznajomej. Była szczupłą, wysoką, złoto-włosą dziewczyną i chyba miała lekko żółte oczy, ale to szczegół
- Hej, Isabell. Dawaj siadaj obok mnie- zawołał Jack
- Hej dziewczyny to jest Isabell. Isabell proszę poznaj Dakote, Kasandrę, Caroline i Blue- pokazywał palcem na każdą z nas
- Palcem się nie pokazuje jakbyś nie wiedział skarbie - powiedziała Isabell, a ja myślę że powinnyśmy się polubić.
Resztę wieczoru przegadaliśmy. Kiedy wszyscy poszli spać nowa wzięła mnie na bok i rzekła
-No nareszcie same. Nawet nie wiesz jak się cieszę że cię poznałam księżniczko.
- Raczej nie ma powodu do radości ale dziękuje za komplement.
- Dobra z tego co mówił Jo mam do ciebie walić prosto z mostu.
- Zaskocz mnie.
- Jestem twoją kuzynką i potrzebuję twojej pomocy.
Dobra wmurowało mnie. Ja ma kuzynkę?! Chyba gorzej być nie może
- Dobra. Słucha wiem że to dla ciebie ważne i w ogóle ale padam na ryja. Pogadamy jutro, ok?- pokiwała głową a ja odeszłam bez słowa w stronę namiotu.
Johnny chyba na mnie czekał
-Co mówiła ci Isabell?- zapytał- Że jest moją kuzynką i że pogadamy o tym jutro.- wzruszył ramionami i położył się, ja zajełam miejsce obok niego.
Nie mogłam zasnąć śniły mi się przebłyski z dzieciństwa w Barcelonie, rodzica i znajomi. Ciągle się trzęsłam, ale już nie pociłam. Moje oczy były zamknięte a przebłyski coraz jaśniejsze. Johnny się obudził
 - Ej, Blue obudź się... Blue- pomasował mnie po linii braku, ocknełam się i pijackim głosem powiedzialam
- Co? Ja przeci... - padłam na poduszkę
- Spokojnie każdy miewa koszmary - obruciłam głowę w jego stronę leżał oparty na ramieniu, a ja przybrałam tę samą pozę. Chłopak zbliżył się do mnie i objoł mnie jednym ramieniem potem drugim i przytulił do torsu, nie protestowałam słyszałam ciche ''ciii...''moje powieki stawały sie ciężkie.
    Nie mam pojęcia dlaczego nie protestowałam, ale w jego objęciach czułam się bezpiecznie a bicie serca chłopaka uspało mnie.

1 komentarz:

  1. Aaaa wiesz że cię kooocham nie ? ;D Czekam na kolejny rozdział z Isabell :* Hahaha ^^

    OdpowiedzUsuń